Skutki niedzieli w środę


16 sierpnia 2007

Przez to, że środa była wolna, dziś (czyli w czwartek) wszystko mi się poprzestawiało i złapałam tzw. zawias, który objawił się tym, że do pracy wyszłam z domu w.... kapciach. Zorientowałam się jeszcze pod blokiem, na szczęście.

Wyjaśnienie


9 sierpnia 2007

Tak, tak to byłam ja. :) Tak, tak, trzeba było zaczepić.

Szkoda, że nie zauważyłeś mej przepięęęęęęęęęęęęknej nowej torby.

To już?



   7 sierpnia 2007

Czy Wy też zauważyliście, że wieczorami wcześniej robi się ciemno? Czyżby już nadchodziła ona? Jesień....

Ech...

Egzamin...


5 sierpnia 2007

On: (wpatrzony w monitor komputera) O, jakiś nowy film o wilkołakach jest.
Ja: Tak?
On: Jak jestem taki zmęczony jak dziś, to mam ochotę na jakiś film o wilkołakach.
Ja: No, to możemy podjechać do wypożyczalni i sobie coś wybierzesz.
On: No, coś ty. Wszystkie już widziałem.
Ja: (z niedowierzaniem) Jasne...
On: (nabierając niebywałej energii) Sprawdź mnie!

Taa... z chęcią, tylko jak? Ja nie widziałam chyba żadnego. Może są jakieś gotowe testy na znajomość tych filmów do ściągnięcia z sieci? Proszę o info.

Choroba nieuleczalna?


3 sierpnia 2007

Lekarze i pielęgniarki domagają się podwyżek, rzecz zrozumiała, praca ciężka, wypłaty nieadekwatne do wkładu pracy. W tym punkcie się zgadzam. Sytuacja w szpitalach jest katastrofalna, kosmiczne długi rosną z dnia na dzień, szansy na ich spłatę nie ma.

Ciekawe jaki stosunek mają zarządzajązy szpitalami do następujących przykładów?:

1. pracownik szpitala w czasie pracy regularnie ucina sobie drzemkę (nie jest to lekarz pracujący na nocnym dyżurze, a potem na dziennej zmianie, tylko osoba wykonująca swoją pracę jedynie na zmianie dziennej, przez 7 godzin) lub dla ochłody moczy nogi w misce z zimną wodą i jednocześnie ucina drzemkę opierając głowę na biurku. W takiej pozycji zastała ją przelożona - reakcja obu pań zerowa. Normalne zachowanie w pracy.

2. lekarz zatrudniony w szpitalu nabija szpitalowi rachunek telefoniczny w wysokości 20.000 zł (słownie dwudziestu tysięcy złotych) miesięcznie. Reakcja zarządzających zerowa.

Pani mocząca nogi została z pracy zwolniona w ramach redukcji etatów. Po miesiącu znalazła pracę w innym szpitalu. Na razie drzemek sobie nie ucina, ale już buntuje się przed wykonywaniem niektórych czynności zawodowych, należących do jej obowiązków.

Tak sobie myślę, że jeżeli pracownik w godzinach pracy ma czas na: plotki, kawki, drzemki itp. to oznacza, że albo ma pracy za mało i można go efektywnie wykorzystać, albo mamy do czynienia z tzw. przerostem zatrudnienia. To, jak wykorzystuje przerwę obiadową absolutnie mnie nie interesuje.

Jak można wygadać 240 tysięcy złotych rocznie na rachunek szpitala (czyli budżetu państwa czyli podatników czyli mój) trochę mi się w glowie nie mieści, ale może mam zbyt niski iloraz inteligencji.

Jak jeszcze raz któryś z braci K. wspomni o podwyżkach dla służby zdrowia, na które środki zdobędzie podwyższając podatki, to stracę kontrolę nad sobą.

A jak sobie pomyślę, jak zasuwam w pracy, jak jestem tam wykorzystana co do sekundy i jak wsuwam bułę nad klawiaturą bo nie mam czasu na obiad, to zgrzytam zębami tak, że sąsiad puka w ścianę i krzyczy: Cicho tam!

Przytoczone przykłady są niestety autentyczne. Tylko dwa i tylko z jednego szpitala.


Już za chwileczkę, już za momencik...


24 lipca 2007

Nie wiadomo kiedy skończył mi się urlop i jutro zasuwam do pracy. Hm... Z taką pewną nieśmiałością... bo przypuszczam, co mnie czeka. Zeszły rok był wyjątkowo ciężki, w tym ma być trochę lżej, bo sobie to asertywnie wytupałam u szefa mego. Pożyjemy, zobaczymy. Od października będę miała własny gabinet, niewiarygodne! Nie zobaczę już ja kolegi kerownika oddającego się dłubaniu w uszyskach specjanie w tym celu rozwiniętym spinaczem biurowym... Hura! Od jutra dostanę również swoją zastępczynię. Też hura!
Tymczasem, zupełnie jak dziecko z fobią szkolną w niedzielny wieczór, rozbolały mnie nerki (tak to jest jak się śpi z gołym tyłkiem w przeciągu). Idę więc zasiąść na ławce balkonowej i powygrzewać się trochę na słońcu.

No to, nerka! Tfu! Narka!

Ale inaczej nie da rady!


22 lipca 2007

Nie moje, znalazłam na Bashu, ale bardzo mi się spodobało, więc wklejam.

"X: Hehe, to patrz co na onecie piszą : Premier: rok, dwa i nie będzie śladu bezrobocia.
Y: e-e, do tego czasu chyba wszyscy nie dadzą rady wyjechać."

A może jednak dadzą radę, Polacy to bardzo zdolny naród i Premier w nas wierzy, nie rzucałby przecież słów na wiatr, nie?

Happy birthday!


21 lipca 2007

Niedawno mój blog skończył rok. W związku z tym dziękuję wszystkim tu zaglądającym, że zaglądają.


Home sweet home

21 lipca 2007

Po tygodnu spędzonym w cudnych, słonecznych i upalnych górach, wróciliśmy do domu. Podczas tych krótkich wakacji dowiedzieliśmy się, że:

1. nie należy za bardzo cieszyć się z tego, że w pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy naszymi sąsiadkami będą trzy urocze panie w wieku (mniej więcej) od 30 do 70 lat. Panie te nie przyjechały same, ale z resztą ferajny (też same kobity), które zamieszkały nad nami. Ojoj, nie wiecie nawet, jak takie panie potrafią się chichrać do białego rana i krzyczeć do siebie o świcie wymieniając poglądy czy warto wziąć ze sobą na wycieczkę pomidora, którego można by po drodze "przegryźć".

2. nie należy załatwiając sobie przed wyjazdem pokój mówić: "Nie ma łazienki w pokoju? To nic nie szkodzi, nie jedziemy się tam kąpać i pluskać w wannie całymi dniami!", bo może okazać się, że jedna toaleta i jeden prysznic na na 10 osób to stanowczo za mało.

3. nie należy cieszyć się, że pies tak spokojnie sobie leży, podczas gdy żłopiecie piwko ze swoją drugą połówką w czasie miejscowego festynu, bo może okazać się, że pieseczek wsuwa mrówki i piach i żwir i co tam jeszcze, a nad ranem zacznie to wszystko usuwać z żolądka drogą gębową. W pokoju. Britta pochłonęła około pół kilograma żwiru i przez następne dwa dni była smętna i nie do życia i usuwała żwir. Drogą gębową.

W ogóle były to wakacje fantastyczne! Zwłaszcza, że pierwsze od trzech lat.

Ale w domu najlepiej...

Oj, głupia ty, głupia ty.......


11 lipca 2007

Kręci mi się w głowie... próbuję zrozumieć o co się rozchodzi, ale moja mała główka nie jest w stanie objąć tego co wyrabia się od weekendu w tym kraju. Mam nadzieję, że wszyscy są na kokainowym haju dzięki dostawom pana Piłki, bo to nie może się dziać naprawdę i na trzeźwo.

Ponieważ znam powiedzenie, które mówi, że nadzieja matką głupich, wyjeżdżam na zasłużone wakacje. Jak wrócę za 10 dni, to może już im przejdzie ;/

Młodzież przyszłością narodu :)


8 lipca 2007

Przeczytałam sobie kilkaset wpisów na pewnym forum, których autorzy przytaczają wypowiedzi swoich dzieci. Oto, jakie wnioski wysnułam po przeczytaniu owych wniosków:

1. wyrośnie nam przynajmniej jeden rekin show businessu, twarda będzie z niego sztuka, będzie wiedział, że żeby zarobić, trzeba nieco pocierpieć:

"Nieopodal naszego domu otwarto sklep ze strojami ślubnymi. Jednak zanim to nastąpiło właściciel przez 2 tygodnie przeprowadzał remont, a na wystawie stały dwa gołe manekiny "pci żęskiej". Sklep był po drodze do przedszkola i mój pięcioletni synek codziennie przyglądał się tej wystawie. Pewnego dnia odprowadzam go jak zwykle, a na wystawie stoją te manekiny przystrojone w piękne ślubne suknie. Synek mówi: Tak długo musiały stać gołe, ale się opłaciło. Wychodzą za mąż."

2. wyrośnie nam jedna mieszkanka Matrixa, pogrążona w wiecznej filozoficznej zadumie:

"Chciałam żeby moja Basia przed pójściem do przedszkola nauczyła się samodzielnie jeść. Koszmar - jadła całymi godzinami. Ja mówiłam do niej: "Basia, jedz. Basia, bo wszystko wystygnie. Basia, weź łyżkę i jedz.." a Basia: ŁYŻKA NIE ISTNIEJE"

3. wyrośnie nam jeden uzależniony od mediów, z nich jedynie czerpiący wiedzę o otaczającym świecie i im jedynie ufający:

"Mój synek miał 2 latka. Święta Bożego Narodzenia, uroczysta msza, tuż po komunii organista delikatnie gra "Cicha noc, święta noc..." Kubuś słysząc to, drze się rozradowany: Mamo, mamo, to ta piosenka z reklamy!!!"

4. wyrośnie nam jeden prawnik:

"Kupiliśmy działkę za miastem i przyjechaliśmy tam kiedyś z przyjacielem naszego syna Łukaszkiem (lat ok. 7). Chłopcy znaleźli krowi placek. Łukaszek po chwili dyskusji: "Jakim prawem ta krowa nasrała na wasze pole?!"

5. wyrośnie nam jedna artystka hip-hopowa:

"Moje dziecko (4.5 l) zjadło pół talerza zupki i mówi, że już nie może. Próbuję się licytować i mówię: "zjedz jeszcze parę łyżek" a ona na to w płacz i mówi: "ale ja CZUJĘ że już nie mogę, a ty nie CZUJESZ mojej CZUJNOŚCI, to nie wiesz jak ja CZUJĘ !!" resztę zupki jej darowałam..."
6. wyrośnie nam miłośnik zwierząt, nawet tych martwych:

"Poszłam kiedyś do kościola z moim niespełna rocznym synkiem. Ciagle się wiercił, odwracał, stawał na ławce. Kilkuminutowa cisza, a następnie głosno: hau hau hau hau. Odwracam się, a synek głaszcze panią w pięknym futrze."

7. wyrośnie nam zagorzały wyznawca jedynie słusznej religii:

"Kuzyni wychodzą z rodzinnej imprezy. Ktoś mówi do Krzysia (chyba miał z 3 albo 4 lata): Krzysiu , POŻEGNAJ się z Karolinką! Krzyś na to: " W IMIĘ OJCA , I SYNA..."

8. wyrośnie nam wielbiciel własnego ciała, a zwłaszcza jednego organu:

"Kuzynka ma 2,5 letniego synka Maciusia, w pewnym momencie zauważyla, że synek zainteresowal się własnym "ptaszkiem", ogląda go , dotyka. Kuzynka mowi :" Maciuś, no co? To twoj siusiak", na co jej synek z takim rozmarzonym uśmiechem gładzi się po owym siusiaku i mówi z błogością w głosie "Koooochany..."

9. wyrośnie nam mężczyzna wierzący w absolutne równouprawnienie płci:

"Bawiliśmy się na przystanku pełnym ludzi w przechodzenie przez murek. W pewnym momencie potknęłam się, a Antoś troskliwie: - Mamusiu, nie zabolały cię jądra?"
10. wyrosną nam obywatele spędzający cały wolny czas w Internecie:

"Mój syn, kiedy chce temu, co mówi, nadać kategoryczny ton, mówi: KONIEC, KROPKA, PE EL." "Natomiast moja córcia (3,5), kiedy siedzę i coś piszę (i to nie na komputerze!) mówi zirytowanym głosikiem: "MAMA, ZRZUĆ TO NA PASEK I CHODŹ SIĘ WRESZCIE ZE MNĄ BAWIĆ".

11. wyrośnie nam obywatelka przekonana, że wszystko i wszyscy najważniejsi i najwięksi pochodzą z Polski:

"Mamusiu, czy naprawdę Pan Bóg jest Polakiem?"

12. wyrośnie nam klient, który wymaga:

"Urodź mi brata!" - mówi 4 letni Staś. "Kiedy?"- pytam. "Dzis wieczorem. " - pada poważna odpowiedź."


Myślę, że będziemy mieć bardzo fajne społeczeństwo za jakieś 15-20 lat. Zróżnicowane.







Stół z powyłamywanymi nogami :)


5 lipca 2007

Wczoraj trafiłam na bloga, którego pięcioletnie (!) archiwum przeczytałam za jednym zamachem (a mało tego nie było, wierzcie!). Blog zalinkowany jest po prawej stronie jako "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". Opisując go w wielkim skrócie powiem, że poświęcony jest nauce języka polskiego jako języka obcego. Autorka publikuje w nim fragmenty prowadzonych przez siebie lekcji języka polskiego, podczas których obcokrajowcy wykazali się szczególną kreatywnością w podejściu do naszej pięknej polszczyzny. Z przytoczonych przykładów najbardziej spodobały mi się: "W czym mogę ratunku?", "Lubię kurczego." oraz Kubuś marchewski (długo zastanawiałam się co to za postać ów Kubuś, w przypisie odnalazłam wskazówkę, że chodzi o napój marchewkowy!)

Blog ten przypomniał mi o tym, w jaki sposób językiem polskim posługują się nasi zagraniczni koledzy z pracy :). Ktoś jeszcze pamięta treść SMSa, którego dostałam od Iana: "Ola, czy mam zajęcy na sobota*?", albo prośbę tegoż samego o "nanóżki**" skierowaną do Aguliny?
Uwielbiam sposób, w jaki znani mi obcokrajowcy "walczą" z naszym językiem i zawsze, ale to zawsze rozczulają mnie ich bohaterskie próby wymówienia wyrazu "zszywacz". :P
Miałam kiedyś znajomego Anglika, który na pytanie: "William, dlaczego nie przyjechała twoja mama?" odpowiedział: "Bo ma problemy z zapleczem.***"
Nie wspomnę Paula, który mając ochotę na kurczaka w KFC, bierze ze sobą w owo miejsce swoją kilkuletnią córeczkę, bo nie jest w stanie wymówić wyrazu "skrzydełka".

Za każdą próbę używania języka polskiego, respect, guys!

Bo, jak mawiał poeta, polska język, trudna język!

*czy mam zajęcia w sobotę
**nożyczki
***z plecami

O młodzieży ciąg dalszy


2 lipca 2007
W poprzednim wpisie opisałam moją wizję młodocianych kradnących naręcza arbuzów. Chciałabym kontynuować temat młodzieży "młodszej". Otóż czasami przeszukuję blogi w sieci szukając czegoś interesującego, bo jestem typem "podglądacza" i czytanie blogów sprawia mi frajdę. Natknęłam się na taki oto wpis latorośli płci żeńskiej:

"Sorki że tyle niepisałam ale wiecie wakacje kiedy bylo zakończenie roku to widziałam tygryska on jest kochany ale szkoda żę już jest w pierwszej gimnazjum bo ja go KOCHAM !!!! A przez reszte dni byłam na placu z koleżankami.Ale wczoraj było najlepiej dowiedziałam sie jak nazywaja sie takie fajne synki ale mam do nich przezwiska czarny , OKULAREK , wczoraj ich kolega szedł a jamu powiedziałam żeby ich przyprowadzil ale niestety ich niebyło;( pózniej dam wam foty~!!!!"

i tytułem wyjaśnienia: "Wiecie nazywam sie Patrycja mam 12 lat Nienawidze Billa z Tokio Hotel i całej załogi Ale za to kocham Nowego z" Skazany na śmierć "i" Richiego" Chrisa i mojego koleżki z 6c Tygryska. i troche dominika.'

Wow, niezłe, niezłe, wszystko na jednym wydechu: miłość do Tygryska, początek wakacji, plac i fajne synki. To ci piękny wiek, 12 lat... Mmmmm.....I można bezkarnie kochać czterech chlopaków naraz! Uff... Gdzie te czasy :)

Citrullus vulgaris rulez

2 lipca 2007

Postanowiłam dziś zakupić sobie dużo różnych owoców. W tym celu udałam się do pobliskiego supermarketu. I cóż się okazało? Że najtańszymi owocami dotępnymi obecnie na rynku polskim nie są wcale nasze ukochane truskawki, czereśnie czy chociażby jabłka. Owoce te pamiętam z dzieciństwa, rosną na prawie każdej polskiej działce, w wielu ogródkach! Jakiż to owoc jest więc obecnie (i pewnie nie zmieni się to przez długie letnie miesiące) najtańszy? Odpowiedź brzmi: arbuz!
Ach i już oczami wyobraźni widzę te dzieci współczesne, które podczas wakacyjnej beztroski udają się na pobliskie działki i ukradkiem zrywają ogrodnikom-amatorom naręcze (kiście?) arbuzów, garściami chowają je w kieszeniach i fruuu.... skaczą przez płot i dalej w długą, żeby nie dopadł ich rozwścieczony działkowicz!

Dziwny jest teeeeeeeeeeeeen....kraj.......

A niech to.... :/


28 czerwca 2007

Zawsze to samo! Nie mogę się doczekać urlopu, cieszę się jak głupol jakiś, nastawiam pozytywnie i co? Ktoś Tam na Górze (i nie mam na myśli sąsiadów - mieszkam na ostatnim piętrze) zawsze musi mi troszkę noska przytrzeć, żeby mi za dobrze nie było. Rok temu obdarzyl mnie "niestrawnością", tzn. mówiąc wprost sraczką jakich mało, w zimie zostało mi sprezentowane przeziębienie, a teraz... Teraz oprócz przeziębionych nerek i biegania do ubikacji co 5 minut otrzymałam również coś, co kocham najbardziej na świecie: REINSTALKĘ WINDOWSA! W związku z tym na pewno nudzić się nie będę, instaluję, przeszukuję to, co zostało (to, co ważne znikło, rzecz jasna...) i używam wyrazów wielce niecenzuralnych.

Wrrrrrrrr........ grrrrrrrrrrrr..........

Piszę list, na niebie północ...


26 czerwca 2007

Znalazłam to dziś w internecie jako autentyczny list poborowego do byłego juz teraz Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego:

"Wielce Szanowny Panie Prezydencie

Uprzejmie proszę o zwolnienie mnie z zaszczytnego obowiązku pełnienia służby wojskowej ze względu na trudną sytuację rodzinną w jakiej się znalazłem. A mianowicie: Mam 24 lata i ożeniłem się w wdową w wieku lat 44. Moja żona ma córkę w wieku lat 25.

Tak się złożyło, że mój ojciec ożenił się z córką moje żony. Tym samym mój ojciec stał się moim zięciem, gdyż poślubił moją córkę. W związku z tym jest ona jednocześnie moją córką i macochą.
Mojej żonie i mnie urodził się w styczniu syn . To dziecko jest bratem mojego ojca, czyli jego szwagrem. Jednocześnie będąc bratem mojej macochy jest moim wujkiem. Czyli mój syn jest moim wujkiem.
Żona mojego ojca czyli moja macocha powiła na Wielkanoc chłopczyka, który jest jednocześnie moim bratem, gdyż jest synem mojego ojca i wnukiem gdyż jest synem córki mojej żony.
Jestem więc bratem mojego wnuka, a będąc mężem teściowej ojca tego dziecka pełnię jakoby funkcję ojca mojego ojca, pozostając bratem jego syna. Jestem wobec tego własnym dziadkiem.

Dlatego też proszę uprzejmie Pana Prezydenta o zwolnienie mnie ze służby wojskowej, gdyż o ile mi wiadomo, prawo nie zezwala powoływać do wojska jednocześnie dziadka, ojca i syna z jednej rodziny. "

Nie ma dla mnie znaczenia fakt czy jest to tekst autentyczny (opisujący sytuację prawdziwą); ważny jest dla mnie jedynie w warstwie językowo-szaradowej z serii: "Kto jest kim?"

I jeszcze jeden i jeszcze raz...!



23 czerwca 2007

Przeglądając zdjęcia, które trzymam w komputerze, postanowiłam wstawić część z nich na nowego bloga. Zapraszam na: http://photobella-brittabella.blogspot.com/. Na razie jest tam dość skromnie, ale w przypływie wolnego czasu (za 4 dni zaczynam nareszcie urlop!) na pewno jeszcze coś dołożę.

A quick English lesson:)

21 czerwca 2007

Zmęczona przeżyciami zeszłego tygodnia, wstawiam trochę "funu" dla anglojęzycznych...

Bo jak wiemy, English IS fun...

Dream on...

18 czerwca 2007

Wstaję wcześnie rano, za oknem piękna pogoda. Otwieram przeszklone drzwi prowadzące na taras, nie słyszę niczego poza śpiewem ptaków. Wychodzę do ogrodu. Siadam na ławeczce, piję kawę, uśmiecham się do życia...

Takie mam marzenia... A marzenia się spełniają! Moje też się kiedyś spełni!

Prawie autorytet...


15 czerwca 2007



Hm... właściwie to nie wiem, jak to skomentować, bo mi szczęka opadła z hukiem na panele i nie chce wrócić do stanu właściwego, czyli na miejsce.

Doskonała orientacja w temacie, Panie Premierze! Dzieci wiedzą więcej niz Pan.

Do zobaczenia?


11 czerwca 2007

Beatko, życzę Ci, żeby Twoje "nowe" życie było takie, jakie sobie wymarzyłaś...

Do zobaczenia... Kiedyś... Może...

Niech święci imię Pańskie...


9 czerwca 2007

Dziewięcioletnia córeczka naszych znajomych niedawno przystąpiła do pierwszej komunii. Przyjęcie bylo skromne, zorganizowane w domu głównej zainteresowanej, udział wzięła w nim tylko najbliższa rodzina, a bohaterka dnia otrzymała trzy skromne prezenty:

1. laptopa
2. cyfrowy aparat fotograficzny
3. odtwarzacz mp3

Hm, nie myślę nawet o tym co dostały dzieci, których przyjęcia komunijne nie były skromne...

Coś dla ucha


3 czerwca 2007

Debata nad tożsamością Tinkie Winkie oraz działaniami decyzyjnych bęcwałów.

http://www.goear.com/listen.php?v=e814455

A na ilustracji klasówka przyszłego decyzyjnego bęcwała.

Communication breakdown


3 czerwca 2007

Osoby dramatu: Ja i On

Ja: Rafałku, nie mówiłeś mi, że z piątku na sobotę nocujesz w Żywcu...
On: Mówiłaś, że jesteś zmęczona i boli Cię wszystko, i że mam do Ciebie nie mówić. Mówisz, żeby nie mówić, a jak nie mówię, to mówisz, że nie mówiłem.

Tośmy się dogadali...

Z opóźnieniem, ale jednak...


3 czerwca 2007

Nie chciałam komentować decyzji MEN o stworzeniu nowej listy lektur obowiązkowych, co nie oznacza, że temat jest mi obojętny. Rozmawiałam na ten temat z kilkoma osobami, wszyscy są równie oburzeni i zniesmaczeni.
Tak sobie myślę, że jeśli ta lista zacznie obowiązywać (chociaż mam nadzieję, że jednak minister Roman się opamięta i otrząśnie i wycofa z pomysłu), to mądre dzieciaki nadal będą czytać Kafkę, Goethego, Gombrowicza, Witkacego i Dostojewskiego. Pod ławką, w ukryciu co prawda, ale z wypiekami na twarzy. Bo to, co zakazane smakuje 100 razy bardziej niż to, co podają na tacy i mówią, że takie pyszne. A matołki korzystające z amnestii giertyszej i tak niczego nie czytają, bo je to męczy, więc mała strata. Księgarnie internetowe już obniżyły ceny na dzieła w/w autorów, więc znów widać plus całej sytuacji - księgarze zarobią, a mnie będzie stać na kupno książek. I jeszcze jeden pozytyw - przeczytam jeszcze raz książki, które wg ministra są takie wywrotowe, żeby doszukać się tych obleśnych treści nieodpowiedznich dla młodych umysłów i myślę, że wrócę do tych lektur nie tylko ja. Wykształciuchy górą!

Panu ministrowi również życzę, żeby trochę poczytał. To nie boli.




Bez zmian, tylko trochę bardziej...


1 czerwca 2007

Właściwie to nie mam nic nowego do powiedzenia. Poza tym, że myślę tak samo jak w ostatnim zdaniu poprzedniego wpisu (ale zagmatwałam..) tylko, że bardziej. :D
To znaczy marzę o przynajmniej kilku dniach w miejscu, które będzie zielone, ciche, pachnące łąką i słońcem i gdzie nie będzie bidoka Tinky Winky z torebeczką lub bez, nowej listy lektur obowiązkowych dla LO, braci premiera i prezydenta z wizją zmiany konstytucji co drugi dzień, z kotem Alikiem i bez konta w banku. Marzę o wyłączeniu się z krainy Surrealandii czyli z ojczyzny mej Polski na chociaz parę dni, bo wydaje mi się, że ktoś mi czegoś dosypał do drinka i jestem na jakimś strasznym haju, bo przeciez takie coś nie może dziać się naprawdę.

Hm, albo to rząd nasz kurzy na potęgę, taka opcja też mi chodzi po głowie... Good vibrations...


Ech...

23 maja 2007

Co tu dużo gadać, cudnie jest, choć baaardzo gorąco, szczególnie w pracy. W mojej "norze" wczoraj było całe 30 stopni, zepsuta klimatyzacja i jeden wiatrak (spory, nie powiem) na małe pomieszczenie, w którym działają non stop 4 komputery i ogromniaste ksero. Łatwo nie było. Ale kolega Kerownik zakupił gadżecik w postaci przenośnej klimatyzacji i ustawił go na krześle. Hm... Pożyjemy, zobaczymy jak to działa...
Poza tym jest fantastycznie, wszystko kwitnie, trawa jeszcze nie skoszona, więc pies buszuje w niej radośnie (i łapie kleszcze), ptaszyska się drą przecudnie, a jak pachnie.... Podobno pojawiły się żmije w okolicach kościoła, o czym doniósł wszystkim jakiś psi właściciel, który przykleił do drzewa (taśmą klejącą) stosowne ostrzeżenie wymalowane niewprawną ręką: "Są żmije! Lepiej żeby psy nie chodziły koło kościoła." Hehehe, bez podtekstów - żmije to żmije, a nie kler, a psy to psy, a nie policja. Swoja drogą, to bardzo milo ze strony tego psiego właściciela, że wszystkich ostrzegł.
Nie napawam się, niestety, okolicznościami przyrody za wiele, pracujemy jak na razie pełną parą do samego wieczora. Na szczęście jak wracam do domu to już nie jest ciemno. Jeszcze 15 dni i znów będzie długi weekend. A potem jeszcze dwa tygodnie i chwila oddechu w postaci urlopu. A potem wszystko zacznie się od nowa...
Na razie napawam się wiosną i ogólnie rzecz biorąc, przepraszam za bezpośredniość, staram się mieć wszystko w dupie.

Wiosna jest, a co!

Dokąd?

16 maja 2007

Coraz częściej ostatnio zastanawiam się po co ja tak pędzę. Czemu daję się poganiać i traktować jak robota, który ma taki guziczek, po naciśnięciu którego robot zrobi wszystko raz-dwa i jeszcze czasu mu starczy na wypicie zimnej kawy. A jak robot zacznie skrzypieć (czytaj: zrzędzić, że zmęczony) to się mu guziczek naciśnie jeszcze raz, żeby się zamknął i za pięć minut włączy się go znowu.

Zakręcik?

Tego mi trzeba....

16 maja 2007

W niedzielę rano wyszłam na balkon. Pogadałam z kwiatkami. Podrapałam psa za uchem. Zamknęłam na chwilę oczy, posłuchałam ptaków. Ech... cudownie...

Następna niedziela już za 4 dni!

A podobno to nasze mózgi działają w sposób niezrozumiały...

3 maja 2007

Piękna pogoda. Nareszcie cieplutko. Wędrujemy sobie spacerkiem na Szyndzielnię. Rozmawiamy o tym i owym, o sprawach ważnych i nieważnych.

Raflik: I wiesz, Myszko, tu ten zakręt to był bardzo dla mnie niebezbieczny, jak zjeżdżałem na rowerze.
Ja: Dlaczego?
Raflik: No, bo on taki ostry jest i nie wiadomo nigdy czy ktoś z naprzeciwka nie idzie i czy się w kogoś nie wjedzie.
Ja: Acha...
Raflik: A na dole zawsze miałem dylemat: Woda z sokiem czy piwko.
Ja: Hehehe.

Chwila przerwy.

Raflik: I dlatego najlepiej po górach chodzić jesienią lub wiosną.
Ja: ??? Jaki to ma związek z piwkiem i wodą z sokiem?
Raflik: Nie ma.
Ja: ??? To skąd to "dlatego" na początku zdania? Z czym to ma związek?
Raflik: Z tym, że w lecie jest gorąco.
Ja: Nie mówiłeś nic o lecie.
Raflik: Ale pomyślałem.
Ja: Super. Ale wiesz, że ja nie umiem czytać myśli?
Raflik: Serio?

Jak działa jego mózg? I czy zdaje sobie sprawę z faktu, że nie siedzę u niego w głowie? I że nie mam na drugie Google?

Poza tym wycieczka na Szyndzielnię była bardzo udana.

Sycylia po polsku?


15 kwietnia 2007

Dziś Gazeta Wyborcza oraz inne środki masowego przekazu podały, że była Minister Budownictwa, Barbara Blida zastrzeliła się w momencie, podczas, gdy ABW przeszukiwało jej dom.
Poruszyła mnie ta wiadomość. Nie fakt, że Pani Blida była podejrzana o związki z grupą przestępczą handlującą na wielką skalę węglem, nie to, że brała od tej grupy łapówki w czasie, kiedy była ministrem, do takich wiadomości jestem niestety przyzwyczajona, potwierdzają one jedynie moje podejrzenia, że uczciwych polityków nie ma.
Wstrząsnęło mną to, że coraz częściej umoczeni w duże afery politycy (i nie tylko oni) decydują się na samobójstwo, kiedy cała sprawa się wyda, co w jasny sposób pokazuje, jak wielkie przewały mają na swoim koncie.

Kto następny?

:)


12 kwietnia 2007

Wczoraj zmarł Kurt Vonnegut, którego książki w 99% procentach przyczyniły się do tego, że dziś patrzę na świat tak, jak patrzę. Od niego nauczyłam się, że nie warto byc bezkrytycznym.

Szkoda, że odszedł.

Cudownie, że mogłam go poznać poprzez jego książki.

Dziękuję.

"Bywa i tak."

Prawo Murphyego nr 458684723625643786583476


6 kwietnia 2007


"Jeżeli masz urlop, na który czekałaś z utęsknieniem, to bądź pewna, że albo:

a. dopadnie cię grypa
b. dopadnie cię dolegliwość żołądkowa pospolicie zwana sraczką."

Jak się nie obrócić, dupa z tyłu....

Boję się...

6 kwietnia 2007

Boję się tłumów. Takich przedświątecznych, robiących masowo zakupy w hipermarketach. Z błędnym, szklanym wzrokiem. Nieprzewidywalnych. Nagle ni z gruchy ni z pietruchy rzucających się na sałatę. Jak by w życiu sałaty nie widzieli, jak by to był jakiś deficytowy towar albo przysmak zamorski. Takich, co to przywalą Ci wózkiem na zakupy, bo akurat sałaty nie kupujesz. Takich, co to kupują 40 kg ziemniaków na 2 dni świąt. I 3 skrzynki wódki. I 5 kilo kiełbasy. I zasmażkę.
Takich tłumów bez własnego zdania, lezących tam, gdzie lezą inni. Jak masowo wstający z grobów zombie.

Nie rozumiem tego, głupieję w takim supermarkecie, porzucam swój wózek i uciekam do domu aż się za mną kurzy.

Lubię święta, szczególnie Wielkanoc. Ale nienawidzę tego, co dzieje się przed nimi. A szczególnie hurtowych zakupów jedzenia przez nasze, jak mówią, ubogie społeczeństwo.

Ja jakiś dziwok chyba jestem.

Nie ma mnie...

25 marca 2007

Zamknęłam oczy, zatkałam uszy. Nie patrzę na na to, co sprawia, że muszę biec do łazienki, nie słucham tego, czego nie chcę słyszeć, bo głupie i mnie obraża.
Myślę o tym, co jest bardzo blisko mnie, to jest teraz najważniejsze.
Nie dam się sprowokować, nie dam się sprowokować, nie dam się....

Ciekawe jak długo...

Wiosną pachnie...

Dzień Kobiet... Dzień Kobiet, niech każdy się dowie...

8 marca 2007

Głupota, brak myślenia i paplanie, żeby paplać doprowadzają mnie do szału.

Tytułem wprowadzenia wyjaśnię, że pracuję od wczesnego popołudnia do późnego wieczora.
7.30 rano, przed supermarketem spotykam znajomą, która wie gdzie i w jakich godzinach pracuję. Nazwę ją Zosią.

Ja: Cześć Zosiu, dawno cię nie widziałam.
Zosia: Oleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeńka!
Ja: Hej, hej.
Zosia: Co ty tu robisz?
Ja: (wymachując radośnie reklamówką z jajkami, twarożkami i takimi tam) Wracam do domu.
Zosia: (z zatroskaną miną) Do domu wracasz.... o, to musisz być bardzo zmęczona....
Ja: Nie... nie bardzo...
Zosia: Z pracy wracasz, to musisz być zmęczona.
Ja: Zosiaaaaaaa, halo, jest 7.30 rano...
Zosia: To nie byłaś w pracy?
Ja: Byłam, ale wczoraj.
Zosia: No, to musisz być zmęczona.
Ja: Nie, wyspałam się...

Zosia nie dała się przekonać, popatrzyła na mnie z niedowierzaniem i poszła robić swoje poranne zakupy, zastanawiając się dlaczego jej wyuczony dialog o zmęczeniu po pracy nie chwycił. To nieprawda, że na kwestię "wracam do domu", zawsze odpowiada się "o, to musisz być zmęczona" i konwersacja swobodnie się toczy. Jak ona sobie teraz z tym poradzi...

Dodam, że na zakupy zabrałam ze sobą psa. Z psem do pracy nie chodzę.

Chodzi o to, że Zosia jest to taki typ kobiety, który jest:
a. młody
b. bardzo ładny
c. głupi jak but, mózgu używa rzadko, żeby się nie zepsuł

Poza tym wszystkim moim mądrym, ładnym i odważnym koleżankom życzę wszystkiego najlepszego. Girl Power!

Ale śmieszne, ohoho...

7 marca 2007

Miałam o tym nie pisać, ale nie daje mi to spokoju. Napiszę o tłumie. Niewielkim. I o jednostce, chcącej coś temu tłumowi (niewielkiemu) przekazać, ale nie dla samego przekazania informacji, lecz po to, by tłum w to uwierzył i pokochał. Tłum inteligentny ma owa jednostka przed sobą i myślący. Jednostka opowiada rzeczy nienowe, nieodkrywcze, mało interesujące. Jednostka przekazuje, co ma do przekazania zarykując się ze śmiechu. Opowiada blade, średniego kalibru dowcipy.

A tłum to kupuje. I ryczy z jednostką. Nie z niej.

Ratunku... Tłumie, odebrałeś mi wiarę w swój intelekt i umiejętność krytycznego myślenia oraz analizowania tego, co Ci podają.

Na szczęście pojawiły sie wyjątki. Cóż, skoro tylko potwierdzają regułę...

Ręce i nogi się uginają....


2 marca 2007
Robię zakupy w supermarkecie obok mojego bloku. Niewielkie. Mam zapłacić 3 złote i 97 groszy. Podaję kasjerce 4 złote. Kasjerka podrzuca monety w dłoni z miną kowboja, który ma właśnie zastrzelić czarny charakter.
Kasjerka (dalej podrzuca, nie patrzy na mnie, mina straszna) : Siedem groszy.
Ja (myśląc, że kasjerka źle podliczyła podane przeze mnie pieniądze i myśli, że dałam za mało): Dałam pani 4 złote.
Kasjerka (mina bez zmian): Potrzebuję siedem groszy.
Ja: Nie mam, gdybym miała, to bym pani dała, ale przykro mi, nie mam.
Kasjerka (na twarzy święte oburzenie, jak w scenie na poczcie w "Misiu", tej, gdzie dowiadujemy się, że "nie ma takiego miasta Londyn"): To mówić!

Ratunku....