Romantycznie...


22 marca 2008

Nie, ja się nie skarżę. Właściwie to już się przyzwyczaiłam, że jak nadarza się trochę wolnego, to na pewno któreś z nas padnie na jakieś choróbsko. Tym razem świątecznie dopadło Rafała - od wczoraj leży z gorączką.

Każdy dom ma swoje tradycje. My mamy właśnie taką.

Wszystkiego najlepszego! Jedzcie, pijcie, odpoczywajcie!

Stany, Stany....


20 marca 2008
W studiu telewizyjnym siedzi zaproszona do programu lesbijka. Wyznaje prowadzącemu, publiczności oraz telewidzom, że wyszła za mąż za geja, który podczas ich pierwszego spotkania był przebrany za kobietę. Kiedy wyszło na jaw, że jest mężczyzną, spotykali się nadal, a ona zakochała się w jego osobowości. Postanowili się pobrać, a on obiecał jej, że nigdy jej nie zdradzi. Mieli udane życie seksualne z wykorzystaniem sztucznego penisa na pasku. Po jakimś czasie zaczęła jednak podejrzewać, że jej mąż sypia (czytaj: uprawia seks) z sąsiadem.

W studiu pojawia się sąsiad wrzeszczący, że tak, to prawda, sypia z jej mężem. Ona, wściekła, próbuje go stłuc, ale nie udaje jej się to, bo do akcji wkraczają rośli ochroniarze. Ona rzuca pytanie: "Co ty masz takiego, czego nie mam ja?"
Sąsiad rozpina koszulę i seksownie (?) wywija damską piersią. Prawdziwą. Jedną. Lewą.

Do studia wpada małżonek lesbijki i czule całuje opiersionego sąsiada.

Do studia wpada były kochanek męża i czule go całuje, po czym skuwa swój nadgarstek i nadgarstek małżonka kajdankami.

Lesbijska żona jest wściekła i żąda rozwodu. Mąż prosi ją, żeby tego nie robiła i obiecuje dla ratowania małżeństwa poddać się operacji zmiany płci.
Ona na to przystaje, ale były kochanek męża nie chce rozkuć kajdanek.

Film science fiction? Awangardowa sztuka teatralna napisana pod wpływem LSD?

Nie, Jerry Springer Show.

Kto lubi surrealistyczne przedstawienia powinien włączyć Zone Club o 22.00.

W Stanach wszystko jest możliwe...

Ech...


19 marca 2008

Prezydent wszystkich (?) Polaków dokonał występu z podkładem muzycznym i filipińską*) flagą. Było o tym co zwykle - o złych Niemcach i złych pedałach.

Idę po berecik... może zrozumiem o co chodzi.

*)W komentarzu zostałam pouczona, że flaga była indonezyjska, a nie filipińska. Co nie zmienia faktu, że na pewno nie była polska.

A jak to jest wam?


16 marca 2008

Tak sobie ostatnio rozmyślałam (bo ja tak mam, że rozmyślam i sprawia mi to przyjemność - powinnam była zostać filozofem chyba) o tym, jak to było kiedy zdawałam maturę. Natchnęła mnie do tego młodzież maturalna, z którą mam kontakt i tak się zastanawiałam jaka byłam wtedy, kiedy, jak mi się wydawało, wszystko sie kończyło (szkoła) i wszystko się jednocześnie zaczynało (dorosłe życie?).
Doszłam do jednego wniosku, że wtedy, wszystko jakoś chyba bardziej mnie cieszyło - potrafiłam oddać się czemuś absolutnie i zupełnie, a teraz cokolwiek, nawet nie wiem jak przyjemnego by się zdarzyło, zawsze gdzieś z tyłu głowy dochodzi mnie cichutki głosik przypominający o rzeczywistości - nie jedz tyle - będziesz gruba, nie pij tyle - głowa będzie cię bolała, nie czytaj do rana - będziesz miała wory pod oczami, nie ryj w Internecie - nie zdążysz się na jutro przygotować, nie tkwij w wannie aż do rozpuszczenia - prąd kosztuje...

Najpierw poczułam smutek i gorycz, że tak jakoś nie można się cieszyć bez konsekwencji, ale po jakimś czasie postanowiłam zadbać trochę o siebie i poprawić sobie humor i spróbować cieszyć się nawet maleńkimi rzeczami tak, jak udawalo mi się to kiedyś.

To tyle z przemyśleń w Niedzielę Palmową.

Jakaś chyba nie taka jestem


1 marca 2008

No, jakaś chyba jestem nie taka jak trzeba, bo wcale nie ryczałam ze śmiechu na "Lejdis". Śmiałam się wyłącznie w momentach, kiedy na ekranie pojawiali się faceci.

No i doszłam do wniosku, że:
1. nie mam poczucia humoru
2. panie grały słabo i nie przekonały mnie, że ich kwestie były zabawne
3. to nie była komedia (wcale nieśmieszny był dla mnie wątek, w którym jedna z bohaterek stara się o dziecko, nie może zajść w ciążę, a potem okazuje się, że muszą jej usunąć jajnik - mało komediowe jak dla mnie, ale może jestem jakaś dziwna)
4. jestem bardziej pyskata od bohaterek filmu

Pewni bardzo młodzi faceci, których znam osobiście, wyrazili opinię, że bohaterki filmu były wulgarne.
Ha, mało jeszcze przeżyli i nie widzieli, tudzież nie słyszeli kobiet w okolicy trzydziestki w połączeniu z dużą ilością wina.

Nie powiem, że "Lejdis" mi się nie podobał. Ale na kolana mnie nie rzucił.

Proszę mi to wytłumaczyć!


22 lutego 2008

Pewna pani wyszła na spacer z pieskiem. Pani spacerowała powoli, piesek hasał bez smyczy. W tym samym czasie inna pani wyszła sobie z pieskiem. Też spacerowała, a jej piesek swobodnie hasał.
I panie spotkały się na środku chodnika i szczebiotały do siebie wesoło o mężach, dzieciach, zakupach, pogodzie i o duperelach. A pieski się wąchały. Aż jeden piesek wkurzył się na drugiego i okazał mu niechęć - zębami.
Właścicielka wkurzonego pieska złapała go za szmaty. Łup! biedaka smyczą w pupę :"Co to za zachowanie?!?", chlast! go smyczą w grzbiecik: "Czy możesz mi wytłumaczyć swoje zachowanie?!?"

A piesek pewnie pomyślał: "Ta, jasne, za momencik, tylko się mówić nauczę."

Takie rzeczy widzę podczas spaceru z moim psem. Zniewolonym szelkami i smyczą.

...kapo aN


21 lutego 2008

Aura nie jest sprzyjająca. Tzn. jest sprzyjająca, ale nie ludziom, a choróbskom różnej maści. A, że ludziom się w głowach poprzewracało, to robią dziwne rzeczy. Na przykład jedna moja koleżanka (na L4) dzwoni i prosi o poradę, jak powiedzieć szefowi, że będzie musiała zrobić badania w szpitalu, bo ona się boi, że on będzie na nią zły. Wyłuszczyłam, że szef nie będzie zły i że ma spokojnie zadbać o zdrowie. Rozmowa trwała dobre 15 minut.

A w telewizji dla kobiet obejrzałam program na temat - jak się umalować do pracy, kiedy ma się 39 stopni gorączki, a chcemy wyglądać zdrowo. Były porady jak mieć piękną cereę, kiedy zlewają nas zimne poty i zdrowo wyglądające policzki.

A mi się wydawało, że jak człowiek ma 39 stopni gorączki to leży i się leczy, a nie paraduje wypacykowany i rozsiewa choróbsko.

No, ale ja jakaś dziwna jestem chyba. Szkoda gadać.

Ludzięta


18 lutego 2008

W sobotę spędziłam upojne 6 godzin w pracy. Do moich zadań należało m.in. siedzenie cicho, co nie bardzo mi wychodzi. Siedziałam sobie dość cicho z pewną koleżanką, której niekłapanie dziobem przychodzi znacznie łatwiej. I tak sobie szeptem paplałyśmy na tematy neutralne, że zimno, że szkoda drzewek w ogrodzie (to ona), że zmarzłam (to ja), że niedługo znów będzie ciepło - hura (to my obie), aż zeszłyśmy na temat psów. Dowiedziałam się, że jej dalmatyńczyk śpi z jej mamą w łóżku (chyba mają łoże wielkości lotniska, chociaż nie jestem pewna, bo o swoim ojcu nie wspomniała w kontekście łóżka, więc może tato śpi gdzie indziej - nie spytałam gdzie) i że jest przykrywany kołderką, żeby mu nerki nie zmarzły. A ja jej powiedziałam o pewnym psie, którego znam (nie moim), co dostaje na śniadanie świeże bułki z serem i kakao.
Ludzie dostaja absolutnego hopla na punkcie swoich zwierzaków - ja wcale nie jestem lepsza, chociaż śniadań nie robię :).
A w sklepie meblowo-wyposażeniowym znalazłam nawet pościel (poduszeczka+kołderka) dla psa. W różnych kolorach. Oraz poduszeczki w kształcie rozjechanego szczura (na wyposażeniu również ogon), które bardzo się mojemu ukochanemu spodobały i chciał zrazu jedną suce naszej zakupić. Alem go odwiodła.

Suka otrzymała nowe legowisko oraz poduszkę z poszewką (poduszka służyłam nam dzielnie przez długi czas, ale się zużyła).

Niech ma. Ale nerek jej przykrywać nie będę.

Uff...


8 lutego 2008

Ło Jeżu, co to był za tydzień straszny...
Najpierw pomyliły mi się pory roku - na krzakach pąki, ptaszyska świergolą w najlepsze, a w kalendarzu początek lutego. Przez wiosenną pogodę odechciało mi się pracować i nabrałam ochoty na jakieś wagary czy inne coś. I Pan Bóg wysłuchał. I pokarał. I zesłał 100 tysięcy plag egipskich w postaci skarg, zażaleń, krzyków i łez... I kazał się z nimi uporać.

Uporałam się, a jakże. I jestem chyba nawet parę deko lżejsza, bo oprócz diety stres zrobił swoje.

A teraz pochłaniam napój z winogron. Czerwonych. Kalifornijskich. (moc 11%).

Wygadałam się, to mogę odpocząć. Do następnego razu, gdy Pan Bóg zauważy lenia i zechce go ustawić do pionu.

nasza-klasa.pl - hm...


24 stycznia 2008

Gdyby się okazało, że macie niewielu znajomych na naszej-klasie, to zawsze możecie sobie jednego dokupić tutaj. Nietanio.

Być kobietą, być kobietą


19 stycznia 2008

1. Nie zgadzam się na reklamowanie kremów przeciwzmarszczkowych dla kobiet w wieku lat 35+ przez dwudziestolatki. Nie dam się zrobić w bambuko i nigdy, przenigdy nie uwierzę, że kremy te mają cudowne działanie.

2. Jane Fonda w reklamie kremu przeciwzmarszczkowego mnie nie rusza (miała operacje plastyczne. Na pewno tego nie wiem, ale nie ma innej opcji, żeby nie miała)

3. Proszę nigdy nie namawiać mnie do używania zwrotu: "pogodzona ze swoim wiekiem", bo dla mnie brzmi on jak: "przegrana starucha, ale udaje, że jej to nie rusza".

4. Intelekt jest sexy. I to bardzo.

5. Chudzielce są ciągle głodne. Nie będę głodna. (ile kalorii ma kromka Wasy?)

6. Telewizyjne programy poradnikowe typu: "Jak się ubierać, żeby nie wyglądać grubo?", "Jak się malować, żeby nie wyglądać blado?", "Co jeść, żeby nie wyglądać staro?" są dla pustych debilek. (te o sprzątaniu, urządzaniu domu i gotowaniu też!)

Ależ ja jestem mądra, dojrzała i zrównoważona, ach...
Hm... tylko, czemu nie śni mi się nigdy, że czytam książkę, a to, że golę nogi wczoraj mi się przyśniło?!?



nasza-klasa.pl - mogło być gorzej


18 stycznia 2008

Nie ma co narzekać na naszą-klasę. Można się było znaleźć na przykład tu:



To zupełnie jak w "Kupletach Starszych Panów" - Jeremi Przybora napisał:

"Za granicę raczej nikt już nie wyśle-
zostaniemy, trudna rada, my przy Wisle.
Ale z drugiej strony też się cieszy człek -
z geografii znając gorszych parę rzek..."

Idź do pana doktora, krowo, jeżeliś chora....


16 stycznia 2008

Jak by się ktoś nudził, a chciał poczytać o dialogach w gabinetach lekarskich, to polecam wejście tu.

Blowing in the wind


16 stycznia 2008

W górach wieje halny, dzięki czemu z mojego balkonu widać ośnieżone stoki Beskidów. Pozostawiona sama sobie (i psu) w stanie słomianego wdowieństwa połączonego z urlopem, dla relaksu sprzątam.

Miłych ferii - dla tych, co je mają. A po halnym jutro śladu nie będzie i głowy przestaną was boleć.

Tak... nie...nie wiem!


15 stycznia 2008

Kurczę, ja znów o portalu nasza-klasa.pl. Ostatnio zaczynam mieć mieszane uczucia po kolejnych odwiedzinach. No, bo na początku podeszłam do całej sprawy euforycznie, bo kurczę no, tylu ludzi mnie odnalazło z różnych okresów życia i to jest, bez dwóch zdań, super uczucie. Ale z drugiej strony jak przeglądam współczesne zdjęcia moich szkolnych kolegów i koleżanek, to wpadam w nastrój refleksyjny ze wskazaniem na deprechę. Upływ czasu i wszelkie przeżycia widoczne są na niektórych twarzach bardzo. (tu ciężko wzdycham)

O łysych i brzuchatych kolegach nie wspominam, bo... ech... szkoda gadać.... (chlip chlip)

Zagadka


4 stycznia 2007

Otóż mam dla was zagadkę.

Oto ona: Pewna Ola robi zakupy w supermarkecie. Po wyłożeniu niewyobrażalnej ilości artykułów na taśmę kasy odkłada własne osobiste rękawiczki na bok tak, aby nie przeszkadzały w pakowaniu jedzenia do siat. Po uiszczeniu rachunku Ola postanawia oddalić się z zakupami, co bez zastanowienia czyni. Po kilku sekundach Ola przypomina sobie, że "na boku" zostawiła rękawiczki i postanawia po nie wrócić. Rękawiczki znikają, wyparowują, dematerializują się. Ponieważ Ola bywa "zakręcona" przychodzi jej na myśl, że może rękawiczki władowała do którejś z siat i czekają one tylko na powrót do domu i uwolnienie spod ciężaru puszek, słoików i paczuszek. Ola wraca do domu i ku jej rozpaczy zauważa, że rękawiczki ją opuściły (prawdopodobnie na zawsze).

Pytanie: Gdzie odnalazły się rękawiczki Oli?

Odpowiedź: Ola jest zmartwiona, gdyż przez dwa najbliższe dni wszystkie sklepy będą zamknięte, a na dworze zapanował mróz, więc pewne jest, że łapki Oli będą marzły, bo nie ma innych rękawiczek.
Po upływie dwóch dni Ola postanawia udać się do supermarketu i zakupić jakieś byle jakie "badziewne" rękawiczki, tylko po to, żeby jej łapki nie zamarzły do czasu kiedy kupi sobie jakieś bardziej fajowskie. Ola udaje się na stoisko z "odzieżą" i postanawia pogrzebać w koszu z najtańszymi rękawiczkami. Niestety, są one paskudne z racji obrzydliwych ozdób, Ola jest więc bardzo smutna. Nagle oczom Oli ukazuje się rąbek miłej białej wełenki. Ola postanawia wygrzebać to coś białego. Ciągnie, ciągnie z mozołem i wyciąga.... swoje własne rękawiczki! Na szczęście ulubiony supermarket Oli nie nadał im jeszcze ceny.

Wniosek: W supermarkecie wcisną nam wszystko, nawet używane, przybrudzone i lekko nadprute rękawiczki.

Fałszywy alarm


2 stycznia 2008

Witam wszystkich w całkiem nowym roku. Witam, nie powiem, z radością :), ponieważ zakupy, a ściślej ujmując ilości produktów żywnościowych, jakie nabywali moi sąsiedzi w pobliskim supermarkecie w ostatni dzień roku starego, zaniepokoiły mnie na tyle, że przyszło mi do głowy, że może szykuje się jakiś głód straszny lub też ewentualnie jakiś atak atomowy i kto zapasów nie zrobi ten będzie jadł suchary. Jak ma.

I biegałam po mieszkaniu i piszczałam głosem pani Frał: "Apokalipsa!"

Ale na szczęście zagłada nie nastąpiła. Na szczęście, bo ja nawet sucharów nie mam. Chciaż... nie byłoby tego złego, co by na dobre nie wyszło - powinnam w końcu zrzucić parę kilo.

Wszystkiego dobrego!

Postanowienia noworoczne



31 grudnia 2007






Życzę wszystkim wszystkiego dobrego.


Tym co lubią narty, żeby było dużo śniegu. Tym, co jeżdżą samochodami, żeby nie było śniegu. Tym, co jeżdżą na nartach, żeby zima była długa. Tym, co jeżdżą autami, żeby zimy nie było. Każdemu życzę, żeby spełniało się każde marzenie.


A zanim wszystko się spełni, życzę fajowej zabawy. I żeby jutro głowa za bardzo nie bolała.


Do zobaczenia w przyszłym roku!

Przemyślenia świąteczne


25 grudnia 2007


Z przemyśleń bożonarodzeniowych AD 2007.


Kobieta jest w stanie narobić się bardzo, żeby przygotować Wigilię, nawet jeśli jest to kolacja dwuosobowa. Para szykująca się do takiej dwuosobowej Wigilii jest w stanie zakupić dużo za dużo wszystkiego. Para ta jest w stanie zjeść niewielki procent z tego, co zakupiła i przygotowała.


Mamy zapasy w zamrażarce co najmniej do marca.

Wesołych Świąt




24 grudnia 2007


Wyrwawszy się spomiędzy garnków, garnuszków i patelni, życzę wszystkim (naprawdę wszystkim) spokojnych i fajnych świąt!

I chciałabym i trochę się boję


7 grudnia 2007

A jutro mój pierwszy raz.

Trzymajcie kciuki, żeby się udało.

www.nasza-klasa.pl


7 grudnia 2007

No cóż, opierałam się dość skutecznie temu szaleństwu. Dawno dawno temu założyłam sobie profil i tak zostało. Znalazła mnie w lecie siostra kolegi z podwórka. Pomailowałyśmy trochę. Miłe.
Nie reagowałam na komentarze znajomych : ty, Olka, znalazłam Cię na naszej klasie, masz tylko jednego znajomego, łeeeeee. A dziś w końcu weszłam i oto, co się okazało: że pamiętają mnie ci, o których ja trochę zapomniałam i że jeden taki w ósmej klasie się we mnie kochał.

Heh. Mógł mi wtedy to powiedzieć, :D.

Inwestycja

4 grudnia 2007
Pytanie: kiedy kobieta wie na 100%, że powinna zainwestować w dobry krem , bo jej się w sposób widoczny twarz marszczy?
Odpowiedź: Kiedy współpracownica po krótkiej rozmowie mówi: Olu, adoptuj mnie...

Wypłata za parę dni, idę do Sephory. A może czas na botox...?

....by język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa...

4 grudnia 2007
Bywa, że nawet najbłyskotliwsze i najbardziej elokwentne osoby mają problem z jasnym i trafnym przekazem myśli.

M: No, i pojechałam z kumpelą do Grecji. Na to wybrzeże pod tą ich wielką górą.
Ja: Noooo....
M: No, wiesz gdzie?
Ja: No...
M: O! Na Riwierę Olimpijską!

Jasne, że od początku wiedziałam o czym mówisz...

Zzzzzzzzzzzziuuuuuuuuuuuuuuuuu............!

29 listopada 2007

A w moim mieście sezonowo pojawiają się darmowe ślizgawki. W miejscach zupełnie nieprzewidywalnych. Ale jak się tak człowiek dobrze rozpędzi i z wiatrem ustawi, to do pracy zzzzzzzzzzziiiiuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu...... raz dwa dotrze.

A że noga złamana lub też ręka... cóż nie można mieć w życiu wszystkiego....

Wielkie halo!

28 listopada 2007
W moim mieście w ubiegły weekend można było przejechać się zabytkowym trolejbusem (to taki autobus na szelkach, przez straszych mieszkańców nazywany trojlebusem) z okazji 25-lecia wprowadzenia owych trolej/trojlebusów w moim miejscu zameldowania.

Phi! I czym się tak podniecać! Wydaje mi się, że codziennie jeżdżę nim do pracy. Wiek trajtka oceniam po zapachu (czytaj: smrodzie) i dziurach w karoserii. Na codzień obcuję z historią mego miasta.

Ojczyzna polszczyzna

25 listopada 2007

Słownik komputerowy:

przyłączny przesuwacz stołokulotoczny - mysz
miękki płaskokrążek informacjonośny - dyskietka
płaskokrążek lustronumetyczny - płyta CD
ręczny wpływacz na popłożenie celu - joystick

Heh...

Humor zeszytów - ciąg dalszy

23 listopada 2007

Sprawdzenie znajomości słownictwa.

"A tutor is someone who teaches stupid children. For money."

Dziękuję Ewelinie :)

Krótka powtórka

22 listopada 2007

Wprawka przed maturą z języka obcego. Poziom podstawowy, część pisemna.

"Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii kupiłeś ciągnikowy kultywator sprężynowy z zapasowym kompletem lemieszy półsztywnych i skaryfikatorem. Zauważyłeś, że uszkodzone było łożysko toczne baryłkowe wahliwe w mimośrodzie oraz brakowało połączeń gwintowych ze śrubą pasowaną o trzpieniu stożkowym. Chcesz zgłosić jego reklamację. Napisz na czym polega problem oraz gdzie i kiedy nabyłeś urządzenie i zaproponuj rozwiązanie problemu."

Dzięki Maćku, poprawiłeś mi humor :)

Ach, te strefy klimatyczne


20 listopada 2007

Niedziela, TVN, prognoza pogody. Pani prezenterka do widzów: "No i od kilku dni mamy typową późnojesienną, listopadową pogodę. Mgły, deszcze..."

Taaa, szczególnie na południu naszej ojczyzny. Śnieg, mróż, lód na ulicach i chodnikach, w weekend ludzie na narty pojechali. Typowy styczeń jak dla mnie, ale kto by mnie słuchał.

Polska składa się nie tylko ze stolicy. Chyba, że mamy już autonomię? To co mi nic nie mówicie!?!
Opcja nr dwa, TVN nadaje z Irlandii, naszego siedemnastego województwa. To co mi nic nie mówicie?!?

Nikt mi nic nie mówi...



Horror show i dniówka górnika


13 listopada 2007

"Nieeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!Mamo, nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee, ja nie chcęęęęęęęęęęę!!!!!!" darło się dziecięce gardło na korytarzu. 6 par przerażonych i zdziwionych oczu podniosło się znad książek i spojrzało na mnie wyczekująco.

Uśmiechnęłam się blado.

Studenci: Co się tam dzieje? Kogoś tam mordują?
Ja: Nie, obok mają zajęcia pięciolatki.
Studenci: Pięciolatki? O tej porze? (była prawie 19.00). Powinni teraz wieczorynkę oglądać.
Ja: No, tak. Na prośbę rodziców tak późno są te zajęcia, żeby zdążyli wrócić z pracy i przywieźć dzieci na lekcję.
Studenci: Acha.

Przeraźliwy ryk nie ustawał. Jedna z kursantek spytała czy może wyjść nalać sobie wody. Nie ma sprawy.

Studentka (po powrocie z wyrazem autentycznego szoku na twarzy): Oni tam mają otwarte drzwi. Tam jest tylko czworo dzieci, rysują sobie spokojnie, śpiewają, a jedna się drze.

No cóż, ja też pewnie bym się darła, że chcę do domu. Wszystkie dzieciaki w wieku podstawówkowym, które przychodzą do nas na lekcje, zasuwają po 12 godzin na dobę. Oprócz angielskiego mają:
a) tańce
b) łyżwy
c) karate
d) aikido
e) zajęcia w kościele
f) inne zajęcia, które wpadną do głowy rodzicom

Wstają o 7 rano, kończą robotę o 20.00.
Na ich miejscu też bym się darła.

Sezon jesień- zima


2 listopada 2007

No więc, moi drodzy, jeżeli komukolwiek z was wydawało się, że się wywinie i go wstrętna szara jesień, a potem w konsekwencji mroźna i ciemna zima nie dopadnie, to niestety się mylił!
Jesień nadeszła kochani i teraz tu zostanie... Ja wiem o tym najlepiej!
Skąd? A bo właśnie dziś rano, praz pierwszy w tym sezonie zrobiłam sobie herbatę. I ją wypiłam. Z cytryną była i malinowym sokiem. A ja herbatę piję tylko i wyłącznie jesienią i zimą.
A kawę piję w ten bury czas z cynamonem. I kupiłam sobie wielką pakę cynamonu właśnie.

I na grzane wino mam ochotę... I już zaplanowałam jaką będę mieć choinkę w tym roku.

Tak więc sezon jesienno-zimowy uważam za rozpoczęty! I proszę o szalikach pamiętać. I o witaminie C. Nikogo szaruga nie ominie!

No, chyba, że Beatkę, bo w Nowym Jorku trochę cieplej jest, ale i tak zacznie tam lać w końcu. No, Roba nie dopadnie, bo on mieszka w Australii, a tam teraz lato. Ale reszta niech się szykuje!

Coś się kroi...


31 paźdzernika 2007

Z okazji 1 listopada niektórzy mają dłuższy weekend. 1 listopada będą nieczynne sklepy. 1 listopada tak jak każdy inny dzień będzie trwał 24 godziny. Mieszkańcy mojego osiedla robili dziś strasznie wielkie zakupy jedzeniowe. Hm... Na 24 godziny? A może z powodu dzisiejszego Halloween czeka nas jakaś mała zagładka? W końcu mieszkamy koło małego cmentarza, więc może, może...

Tym oto wpisem chciałam wyrazić, że jak zwykle nie rozumiem tego rzucania się na półki sklepowe i wykupywania wszystkiego jak leci. Podobno 1 listopada to święto refleksji i zadumy. U mnie na osiedlu również wyżerki.

Gadu-gadu 2


25 października 2007

Studentka: Ojej, bo... Przerywa widząc moje karcące spojrzenie (podczas zajęć nie wolno używać języka polskiego).
Studentka: (wzrok przepraszający) Dżizas...

No!

Gadu- gadu


24 października 2007

Dziecię pewne: Proszę pani, a mój dziadek ma 97...
Ja: Lat!
Dziecię pewne: (z wyrazem politowania na liczku): Zegarów...

Studentka 1: What were you doing when it happened?
Studentka 2: I wasn't doing anything that I should remember, so I don't remember.

Taki zwykły dzień...

Jesienne smuteczki

23 października 2007

Nie chcę, żeby było szaro.
Nie chcę, żeby było zimno.
Nie chcę deszczu.
Nie chcę, nie chcę, nie chcę....

Byle do wiosny...

Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiisza


21 października 2007

Dobra, przyznaję, że "sytuacja na polskiej scenie politycznej" (no, się scena zrobiła, fakt, a jacy aktorzy...) przez ostatnie dwa lata to przeze mnie trochę była, bo (jak wielu innych) na ostatnie wybory po prostu nie poszłam. Jakoś tak się mi nie chciało czy coś. Wierzyłam naiwnie, że reszta narodu pójdzie i wybiorą jak trzeba. Niestety, reszta narodu pomyślała tak jak ja.
No, ale dziś poszłam i postawiłam krzyżyki.

Czego i Wam życzę.

Różnice regionalne


13 października 2007

Od jakiegoś czasu podróżuję do pracy środkami komunikacji miejskiej, czyli głównie trolejbusami zwanymi przez niektórych (młodszych mieszkańców) trajtkami lub (przez dużo starszych) trojlebusami. Z tego powodu postanowiłam, po bardzo krótkich kalkulacjach, kupić sobie bilet miesięczny (tzw. okresowy).

W tym celu udałam się do pobliskiego kiosku, który prowadzi sprzedaż takich biletów.

Ja: Dzień dobry, poproszę bilet miesięczny na okaziciela.
Młoda pani w kiosku: Słucham? Nie rozumiem...
Ja: No, bilet miesięczny na okaziciela proszę. Podobno można u was kupić.
Młoda pani w kiosku: Eee.... (w tym momencie oczy jej przybrały kształt i rozmiar spodków)

Szybko domyśliłam się, że Młoda pani w kiosku nie jest stąd. Pewnie przyjechała z Ukrainy albo z Rumunii albo może nawet z Białorusi, bo u nas rąk do pracy nie ma (wszystkie zasuwają w Irlandii), a dla niej to życiowa szansa, taka praca w polskim kiosku.

Młoda pani w kiosku: (nienaganną polszczyzną) Bo wie pani, ja tu na zastępstwie jestem dziś za koleżankę, bo ja z Oświęcimia jestem i nie bardzo wiem o co pani chodzi.

No tak! A w Oświęcimiu ne ma przecież słowa okaziciel!