Ubiegamy się o złotą patelnię


*) 21 maja 2008

Dziś trochę o maturze i maturzystach.

Twierdzę, że maturzyści 2008 (i ci z paru wcześniejszych lat również) są przede wszystkim niezaradni (uogólniam, rzecz jasna, znam również super radzących sobie w każdej sytuacji maturzystów, ale ci mnie nie bulwersują). Pomimo dostępu do Internetu nie potrafią wykorzystać go do znalezienia potrzebnych informacji; mam wrażenie, że odwiedzają jedynie z kilka znanych sobie stron i jedynie w celach rozrywkowych.

To pierwsze wrażenie związane z maturzystami.

Drugie to takie, że istnieją tacy licealiści, którzy licealistami wcale być nie powinni i myślę, że w szkołach ogólnokształcących są po prostu nieszczęśliwi - wbijanie do głowy masy materiału wcale ich nie interesuje, wręcz frustruje, jestem natomiast pewna, że byliby świetnymi fachowcami kończąc szkoły zawodowe. Lepiej mieć dobrych mechaników niż byle jakich magistrów.

O językach obcych na poziomie podstawowym (a szczególnie angielskim) mogłabym napisać jeszcze z 5 postów... o tym między innymi, jak pewien zdający zamiast napisać, że na łóżku w hotelu zostawił złote pióro napisał, że w tymże pozostawił złotą patelnię. Na kwiatowym pączku. Część punktów otrzymał, bo instrukcje dla egzaminatorów mówią wyraźnie - punkty należy przyznawać na korzyść zdającego, a ten przecież mógł mieć ze sobą w podróży złotą patelnię... Kwiatowy pączek przekroczył jednak granice tolerancji mojej koleżanki-egzaminatorki.

Oczywistym skandalem jest nieprecyzyjne konstruowanie pytań maturalnych czy dodawanie typów zadań, których nie ma w żadnym syllabusie lub arkuszu maturalnym z lat poprzednich, ale nawet według licealistów (w tym tegorocznych maturzystów) w wielu szkołach poziom nauczania (a co za tym idzie poziom matur) jest równany w dół, a nie w górę.

Są oczywiście (znam takich) maturzyści błyskotliwi, inteligentni, oczytani i otwarci, ale czy oni (a w konsekwencji i my) nie tracą przez to równanie w dół?

Centralna Komisja Egzaminacyjna chyba odczuwa moje obawy tak samo, bo drukując w arkuszu maturalnym zadanie z matematyki z niekompletnym poleceniem "badała czujność zdających" .

*) Obrazek przedstawia kosz, w którym powinny znaleźć się według mnie arkusze maturalne 2008.






Mroczno

20 maja 2008

Taki klimat przez pogodę złapałam, ech....



Byle do wiosny...

Przepraszam


20 maja 2008

Przepraszam Cię, moja kurtko zimowa, że Cię tak niefrasobliwie odwiesiłam do szafy z głupkowatym uśmiechem na twarzy wywołanym słoneczną wiosenną pogodą.

Już Cię kochana wyjmuję, już Cię zakładam, bo znów nadeszła jesień (?!?)

Tak to zwykle bywa - złośliwy los zsyła listopadową pogodę dokładnie wtedy kiedy uzupełniam szafę nowiuśkimi kolorowymi topami, które można nosić tylko w upał.

Fuck!

Zieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeew....


19 maja 2008

Taka pogoda, że nawet psa (psę?) musiałam budzić rano, żeby ją na spacer wyprowadzić... I jak tu przeżyć do 20.30?

Byle do czwartku :)

Zieeeeew...


16 maja 2008

Po dzisiejszym dniu mogę napisać opasłe tomisko pt. "Jak przez siedem godzin sprawiać wrażenie, że pracujesz, kiedy nie pracujesz, bo chwilowo nie ma nic do roboty, a nie chcesz, żeby to twój szef zauważył, bo wymyśli Ci jakies debilne, za to czasochłonne zajęcie".

Byle do weekendu.

Damy radę


14 maja 2008

W kwestii nadgorliwości pewnego pracownika wyjaśniła się jedna rzecz - nie uwziął się on na jedną konkretną osobę - po odizolowaniu tejże dopadł inną ofiarę.

Cóż, każdy stara się znaleźć choć drobne przyjemności w tym wstrętnym życiu. Szkoda, że on akurat znajduje je uprzykrzając życie innym, że tak powiem, pierdołami.

Jeszcze niecały miesiąc... Damy radę...

Zagadka


14 maja 2008

O co chodzi rozmówczyniom w pewnym biurze?

Koleżanka A wchodzi do biura Koleżanki B
: Zaszłaś już?

Koleżanka B nie odrywając wzroku od monitora: Nie zachodzę.

Koleżanka A: Aaaaaa......... , ty to robisz, myślałam, że zachodzisz w ciążę.

Czasem praca biurowa może być bardzo tajemnicza :)

Porwanie


13 maja 2008

W poprzednim poście napisałam, że zostałam porwana na południe. Otóż pojechaliśmy sobie do Wieliczki.

Na miejscu miła pani w kasie skasowała po 47 złociszy od głowy za bilety i kazała poczekać aż zbierze się odpowiednio duża grupa chętnych do zwiedzania. Nastąpiło to w ciągu jakichś 10 minut, radośnie zeszliśmy z przewodnikiem przebranym za górnika po miliardzie schodów i rozpoczęliśmy podziwianie.

Nie będę pisać, że kopalnia w Wieliczce jest piękna i super i w ogóle, bo że tak jest wie każdy. Napisze jedynie, że przewodnik co chwilę stękał, że on już nie może mówić, bo to jego czwarta wycieczka dzisiaj i że on chyba nie da rady i że chyba zadzwoni na górę po zastępstwo. Rozumiem, że głos wysiada po 8 godzinach gadania, ale z drugiej strony jako zwiedzającą i płacącą prawie pięć dych - co mnie to obchodzi?!

Po przejściu dwugodzinnej trasy (nasz pan przewodnik z racji swej niedyspozycji załatwił ją w 90 minut) postanowiliśmy jeszcze zwiedzić muzeum. To także zwiedza się z przewodnikeim w grupach, my przykleiliśmy się (jak się potem okazalo nielegalnie) do przewodnika mówiącego po angielsku... Ciekawa jestem na jakiej podstawie ocenia się znajomość językową przewodników oprowadzających wycieczki w językach obcych, bo ciężko było momentami przewodnika zrozumieć... O błędach przez niego popełnianych nie wspomnę...

Tak więc Wieliczka super, ale za te 5 dych spodziewałabym się troszkę większego profesjonalizmu ze strony oprowadzających.



Kryminalne zagadki Tychów....

12 maja 2008

Pewnej wiosennej niedzieli (a dokładnie 10 maja) pewien nieogolony facet w okularach niczym Don Johnson z Miami Vice porwał mnie w deszczu pustą autostradą na południe...



Porywacz, najwidoczniej zadowolony z siebie....


Na zdjęciu autostrada... na tym odcinku można korzystać z dwóch jezdni, ale niedługo, niedługo...

Jawny współpracownik


8 maja 2008

Tak się od jakiegoś już czasu zastanawiam dlaczego młody człowiek na samiutkim początku swojej zawodowej drogi czerpie satysfakcję z, powiedzmy to wprost, donoszenia na kolegów. Jasnowłosy młodzieniec z uśmiechem od ucha do ucha niby to mimochodem przekaże komu trzeba (patrz: głównemu szefowi i właścicielowi firmy, która zatrudnia grubo ponad sto osób) o wszelkich niedociągnięciach, jakie tylko zauważy.

Nie są to sprawy poważne, które mogłyby zachwiać pracą firmy, są to problemu typu: Kolega X miał dziś źle dobrane sznurowadła do krawata.

Wcześniej wiedziałam o przypadkach "informowania" jedynie od kolegów, ale ponieważ też jestem szefem, choć pomniejszym, w końcu i ja usłyszałam od młodzieńca jak to Koleżanka Y miała niewypastowane buty.

Oczywiście przykłady "problemów" wymyśliłam na poczekaniu chcąc jedynie oddać ich znaczenie.
Jasne, można takiego faceta ignorować, co też większość zaczyna czynić, ale mnie zastanawia po co taki facet sieje zamieszanie w zgranej grupie.

Żeby zakończyć tę smętną opowieść dodam tylko, że uśmiechnięty młodzieniec wezwany na tzw. dywanik do głównego szefa i jednego z szefów pomniejszych w odpowiedzi na przedstawione mu zarzuty powiedział, że to ich wina, że on się nie wywiązuje jak trzeba z powierzonych mu obowiązków, bo tak go pozytywnie nastawili do tej pracy na samym początku, a wcale ona taka fajna nie jest.

Fuj....

A tak sobie narzekam....


6 maja 2008

A no bo tak: bo niby jest po weekendzie długim, a i tak większość znanych mi ciał pedagogicznych i administracyjnych wygląda jak zombiaki: blade to, ledwie nogami powłóczy, głosem cienkim pojękuje. Ja to nawet smarkam (już chyba mi to na zawsze zostanie).

Ale nie można się poddawać, nie! Jak to mówią: "Alleluja i do przodu!" Nie kisić się, nie zatracać w swej cielesnej marności!

A co jest najlepsze na takie ciało blade i słabe (acz nie chude:P)? Słyszę głosy, że Chińczyk i danie z Bucusia, że włoskie podpłomyki, czeskie knedliczki.... To też.... Że piwko ktoś zawoła. Też racja. Że kosmetyczka, fryzjer, solarium, a nawet dentysta! I to racja. Jest jednak coś, coś wszystkie te pomysły przebije, coś jest lepsze i tańsze - ruch, a zwłaszcza tak popularny w naszym kraju taniec!

I Kasztan ten ruch wspaniały odnalazł i mi polecił :




I tańczą me uszy i stopy i co tam jeszcze mam!

Co i Wam polecam! ;)

Wrrrrrr..... grrrrrrr........


3 maja 2008

Wczoraj wśród robiących zakupy w moim ulubionym supermarkecie wypatrzyłam panią, która uczyła mnie w ósmej klasie języka polskiego. Nie cierpiałam jej od pierwszej lekcji, ale w momencie kiedy powiedziała: "Ty Z*******a (tu moje nazwisko) jesteś jak ten Bazyliszek - taka sama wredna i brzydka" zaczęłam jej szczerze nienawidzić.

I tak sobie na nią wczoraj popatrzyłam z daleka i wiecie co? złość nie przeszła mi wcale, a minęło już 20 lat . Dotknęła mnie wtedy do żywego i obraziła przy całej klasie.

Żeby nie było, że jestem zawistna, bo cienias ze mnie był - z polskiego miałam piątkę, po prostu moja pani od polskiego zachowała się wtedy słabiutko. Kompleksy?

Apokalipsa....

3 maja 2008

Wymarłe Silesia City Center...

Wszyscy udali się do parku w Chorzowie. Oprócz mnie. Nie było gdzie zaparkować. Pozostanę więc przy Paprocanach :)

Tradycjonalistka


2 maja 2008

Jak spędzacie długi weekend? Ja - tradycyjnie, to znaczy chrypię i kaszlę i smarkam i co tam jeszcze chcecie - zero odstępstw - tradycja w narodzie nie może zaniknąć.

Za to w nocy szaleję, o czym można przekonać się tu.


To niech się nadal święci :)

Niech się święci 1 Maja!


30 kwietnia 2008

Tak to dawniej bywało, wspaniałe, pełne radości święto:



A ja będąc uczennicą szkoły podstawowej im. Bolesława Bieruta, który to Bolesław Bierut jeszcze wtedy był zajefajnym bohaterem, śpiewałam na akademii z okazji 1 maja razem ze szkolnym chórem, którego byłam, że się tak wyrażę, członkinią piosenkę następującą:

"Piosenka pierwszomajowa"

Wzdłuż ziemi swobodnej od morza do Tatr
Po niebie pogodnym przechadza się wiatr
I zorzę rozwija jak hasło w pochodzie
I śpiewem się staje gdy chwyta go młodzież!

Refren:

Piosenka serca nam uzbraja
I naprzód prowadzi nas
Piosenka o 1 maja
O święcie ludowych mas!

Idziemy szczęśliwi, my - z łanów i hut
Marzenia ożywić, wesoły nasz trud!
A w rękach jak płomień robota się pali,
Bo naszym zadaniem budować socjalizm!

Taki mam życiorys! Wspomnę również, że w wieku lat 11 wystąpiłam na akademii z okazji Rewolucji Październikowej przebrana w strój radzieckiego pioniera i wydeklamowałam w języku Lenina wiersz o czerwonych gwiazdach. Nie pamiętam w całości, jedynie fragmenty mogę przytoczyć.

A jeśli chodzi o piosenki na różne okazje to znam jeszcze parę i przy okazji będę nucić Wam je tu.

To miłego grillowania, piwkowania i czego kto se tam wymyśli.
Niech się święci, w końcu to święto ludzi pracy, czyli NAS!




Onegdaj

29 kwietnia 2008

A było to tak:

Z końcem zimy i z początkiem wiosny zarazem udałyśmy się w podróż do samego środka Polski. Tak sobie przed podróżą myślałyśmy, że hura i że fajowo, wsiądziemy w pociąg szybki i pachnący i fruuuuuuuu ani się obejrzymy, ani kanapek nie zdążymy przeżuć, a już będziemy na miejscu.

Lecz niestety nie dane nam było przejechać się szybkim pociągiem, ponieważ takiego pociągu pomiędzy Katowicami a środkiem Polski w godzinach dla nas odpowiednich nie ma...

Jechałyśmy więc straszliwie długo bardzo powolnym pociągiem, a potem biegłyśmy z bagażami po schodach w górę i w dół, żeby móc się jeszcze raz przejechać jeszcze jednym powolnym pociągiem.

A potem jeden sprytny pan puścił nam Jozina z Bazin i zawiózł nas na miejsce czyli do lasu (nota bene pięknego).

Więc jak już dostałyśmy się na miejsce to byłyśmy nieprzytomne ze zmęczenia i głodne jak smoki i tylko jedna myśl kołatała nam się w głowach: Kawy..... A tu trzeba było wymyślić ile jest języków w Unii Europejskiej i takie tam inne ważne rzeczy.

W końcu dostałyśmy kawy i znów kazali nam myśleć ile jest języków w Radzie Europy. A potem dali nam jeść. I padłyśmy jak kawki o godzinie 21.00, żeby obudzić się w nocy i wsłuchiwać w imprezowe okrzyki ludzi, którzy się poprzedniego dnia nie zmęczyli.

Oto pokój mi przydzielony - Back to the 80s....


Testowanie łazienki, której wystrój utrzymany był w tym samym stylu, co pokoje...


A rano wstałyśmy nieprzytomne i dali nam śniadanie, tośmy grzecznie zjadły i znów kazali nam wymyślać ile tych języków jest i gdzie.

Droga powrotna okazała się jeszcze wolniejsza, a pociągów było jakby mniej... W Mieście Świętej Wieży mają na dworcu kaplicę, która wydała mi się jedynym miejscem, w którym można było znaleźć pomoc.

Na szczęście Iza ma męża litościwego, który przyjechał po nas swoim super szybkim autem (trochę bardzo szybkim, bo po drodze dostał mandat) i odwiózł nas do domu.
Przed nami jeszcze dwa wyjazdy w to samo miejsce. Tym razem jedziemy autem, a szef to nawet obiecał pożyczyć nam swojego GPSa....



Chłeptowina

26 kwietnia 2008

W dniu (a raczej wieczorze) wczorajszym odbyło się spotkanie Żenującej Bandy Amatorów i ich Guru.

Członkowie bandy szykują się do Wielkiej Próby

Próba trwa. Niektórzy (ci, których nie widać, jęczą).

A oto i sam Wielki Gu(ó)ru z tym, co zostało po Bucusiu. Z prawej Apirujący do miana Gu(ó)ru.

Oto sprawca jęczenia. Bucuś...
Żenująca Banda Amatorów próby nie zaliczyła. Guru nie był dumny z naszych osiągnięć.

Nie wiem jak reszta, ale ja się obżarłam, jak nie przymierzając, świnia.

Idę przycinać chorągiewki nowozelandzkie i erpeańskie.

Jeśli ktoś z bandy jest tu pierwszy raz to niech jeszcze zajrzy tu: w starszych postach też są nasze wyczyny :)

Listopad...????

19 kwietnia 2008

Mam taki powracający sen: kładę się spać wiosną, a budzę jesienią. We śnie budzę się skrajnie nieszczęśliwa, że ominęło mnie lato.

Podobno istnieją sny, które się spełniają...
Dlaczego?????

Warunki biometeo (nie)korzystne

18 kwietnia 2008

Wczoraj ciśnienie atmosferyczne osiągnęło w Pszczynie minimum swych możliwości, co objawiało się tym, że co niektórych prawie rozsadziło od środka (mnie). Inni niektórzy (Magda) znaleźli środek zaradczy w postaci wydłubania wszystkich klawiszy z klawiatury (nie naraz, po jednym rządku, żeby się nie pogubić) i wypucowaniu każdego z osobna.
Praca koncepcyjna sprawiła, że czoło Magdy dotknęło zimnej tafli biurka dopiero na 30 minut przed końcem pracy.

Na zdjęciach Magda trzyma się jeszcze jako tako.
Były delikatne chwile grozy, a jakże, na przykład lewy shift się nie wciskał, ale jak mówi Ania, po co komu shift?

Yes, yes, yes!


13 kwietnia 2008

Ze źródeł dobrze poinformowanych wiem, że wszystko rozwija się prawidłowo i idzie w dobrym kierunku. :)

Hura!

Żyj zdrowo!


13 kwietnia 2008

Kolejka do kasy na stoisku monopolowym w moim ukochanym supermarkecie. Przede mną stoją dwie osoby, które jakieś dziesięć minut wcześniej wyszły z mszy w pobliskim kościele. Pierwsza stoi pani, lat około 50, kupująca wódkę. Za nią pan lat około 60, również z wódeczką. Za nimi ja - z winem.

Pan do pani: Niech pani tom czystom wódke kupi.
Pani do pana: Taaaaaaak? Dlaczego?
Pan do pani: Zdrowsza jest.

O! I co ja tu o jakichś witaminach myślę. Wódki sobie kupię.

A jak mi przez gardło nie będzie chciała przejść, to zaproszę koleżanki, które też dbają o zdrowie i zagramy sobie w to:
Bo trzeba o siebie dbać, nie?

Gorzko, gorzko....

13 kwietnia 2008

A wczoraj byliśmy (co prawda tylko przez dwie godziny, ale zawsze) na weselu. Na prawdziwej wsi.

Ślub był tu:Niestety, nie bardzo widzieliśmy środek, bo zdążyliśmy na samą końcówkę mszy, kiedy młoda para i goście już opuszczali kościół.

A wesele było w prawdziwej remizie strażackiej! Dekoracje zrobione z bibułki i baloników, na obiad obowiązkowo rosół, a po wszystkim... kawa z gruntem!
Orkiestra po zagraniu dwóch kawałków (dużo disco polo) obowiązkowo odpoczywała i się "posilała".
Wszyscy zaproszeni świetnie się bawili, zjadali i wypijali co było na stołach, do tańca nikogo zapraszać nie trzeba było - bez względu na wiek.
Co prawda siedzieliśmy trochę na rogu i tyłem do sali, za to mieliśmy widok na prawdziwe teatrum - kuchnię!
Wesele było niebylejakie - bo dwudniowe, więc w tej chwili wszyscy bawią się nadal :)

Co tu dużo mówić - niezłe to było przeżycie dla kogoś, kto mieszka w mieście.

Przy wyjściu dostaliśmy od młodej pary ciasto weselne :)

Szkoda tylko, że mój strój i moja fryzura miały się nijak do panujących tam trendów...

Szczere życzenia wszystkiego najlepszego dla państwa młodych! No i dla dzidziusia, bo w drodze ;)

Prosimy więcej

12 kwietnia 2008Na zdjęciu zrobionym przez Anię widać mnie i Maćka. Ania skomentowała je następująco: "Ola wygląda jak modelka, a Maciek wygląda szczupło."

No to my, Aniu, prosimy więcej takich fotek.

Z bronią w ręku


8 kwietnia 2008

Jak podaje "The New Zealand Herald", 27-letni mężczyzna został oskarżony o próbę napaści z bronią w ręku. Narzędziem zbrodni był jeż.

Facet musiał być mocno zdesperowany.

Ja też jestem ostatnio mocno zestresowana (patrz poprzednia notka), ale z poręcznych zwierząt mam tylko żółwia. Nada się?


Malutka Ola


8 kwietnia 2008

W starciu z instytucjami nie mam nigdy szans, ponieważ zazwyczaj walki nie podejmuję. Jak tylko widzę przed sobą kopertę zaadresowaną do mnie, a na kopercie jakąś wielgachną i ważną pieczątkę to już oblewam się zimnym potem. Bo wiem co na mnie czeka we wnętrznościach koperty. Bełkot i kupa paragrafów. I nic z tego nie rozumiem.

Tak było ostatnio. Mój szef też nie zrozumiał o co w mądrym i urzędowym piśmie biega (znaczy, albo pismo takie bełkotliwe, albo oboje jesteśmy mało inteligentni). Zacisnął szczęki jak to ma w zwyczaju w sytuacjach skomplikowanych.
- Ola, zadzwoń tam i spytaj o co chodzi. (miał na myśli pierwsze zdanie pisma długiego na całą stronę, rozumiecie, myśmy już na pierwszym zdaniu polegli, o dalszej części nawet nie było dyskusji...)

Zadzwoniłam. Odebrała jakaś pani uprzejma inaczej (pani sekretarka w państwowej instytucji, to jest ktoś! co jej tam będą jakieś żuczki małe dzwonić...). A jak ktoś dla mnie niemiły to ja pazurów dostaję i zębów ogromnych, więc troszkę panią uprosiłam, żeby nie warczała na mnie i żeby rozmawiała tylko ze mną, a nie jeszcze na dodatek z koleżanką. Uprzejma inaczej po długich minutach bezsensownego przerzucania zdań podnoszącego tętno do poziomu pękania żyłek na skroniach przełączyła mnie do innego działu ogromniastej, superważnej i w ogóle jedynej na świecie państwowej instytucji. Odebrała (uff....) bardzo miła pani, która starała się być bardzo pomocna, ale cóż, skoro niestety nie mogłyśmy jakoś znaleźć porozumienia - wymagania instytucji państwowych tkwią niestety całkiem mocno w poprzednim tysiącleciu, firmy prywatne są już dawno w wieku XXI i o wieku XX powoli zapominają.

Dzięki temu od kilku dni tworzę różne papierki i dokumenty, które nie są nam potrzebne, ale są do czegoś potrzebne państwowej instytucji. I jak znam życie, po wysłaniu im tych papierków i dokumentów, znów uraczą nas korespondencją w języku zulu gula naszpikowaną paragrafami jak dobra kasza słoniną. I znów każą dorobić trochę papierków.

Łączcie się ze mną w bólu. Czuję się jak Piszczyk dbający o to, żeby jego dział sprawozdawczości stale sie powiększał. Tylko mi zarękawków brakuje.

Sobota, sobota...

5 kwietnia 2008

Są takie momenty w życiu każdego kierownika ;), że musi iść w sobotę do pracy. Kwiecień jest moim miesiącem roboczych lub jak kto woli pracujących sobót.

Dziś pracowałam z Rubą (co nie jes rubo) i Agulem, co jej nie widać, bo cyka fotki :)

I gromnicę


26 marca 2008

Przed świętami poszliśmy do apteki.

Rafał (do pani magister za ladą): Poproszę coś na przeziębienie.
Pani magister: A będzie pan leżał w łóżku?
Rafał: Będę.
Pani magister: To dam panu coś na pocenie.
Rafał: A może jeszcze coś?
Pani magister: A co panu dolega?
Rafał: Umieram....
Pani magister: To księdza panu trzeba.

Nie umarł.

Czy to ważne jaki to zwierz?

25 marca 2008

Niby o kocie, ale zupełnie przypomina mi pewnego psa, którego bardzo dobrze znam...



Taa...Ktoś próbował kiedyś zmyć psią ślinę z szyby?

Lato w mieście. Moim.

24 marca 2008

Zimno... śnieg pada... A niedługo będzie tak:

Ech, życie...


24 marca 2008

Znów zostałam słomianą wdową. Teoretycznie do soboty, ale w praktyce do niedzieli wieczorem, bo w weekend ja wyjeżdżam do samiutkiego środka naszej ojczyzny.

Taki mam początek wiosny, a co!

Mogło być gorzej...

Romantycznie...


22 marca 2008

Nie, ja się nie skarżę. Właściwie to już się przyzwyczaiłam, że jak nadarza się trochę wolnego, to na pewno któreś z nas padnie na jakieś choróbsko. Tym razem świątecznie dopadło Rafała - od wczoraj leży z gorączką.

Każdy dom ma swoje tradycje. My mamy właśnie taką.

Wszystkiego najlepszego! Jedzcie, pijcie, odpoczywajcie!

Stany, Stany....


20 marca 2008
W studiu telewizyjnym siedzi zaproszona do programu lesbijka. Wyznaje prowadzącemu, publiczności oraz telewidzom, że wyszła za mąż za geja, który podczas ich pierwszego spotkania był przebrany za kobietę. Kiedy wyszło na jaw, że jest mężczyzną, spotykali się nadal, a ona zakochała się w jego osobowości. Postanowili się pobrać, a on obiecał jej, że nigdy jej nie zdradzi. Mieli udane życie seksualne z wykorzystaniem sztucznego penisa na pasku. Po jakimś czasie zaczęła jednak podejrzewać, że jej mąż sypia (czytaj: uprawia seks) z sąsiadem.

W studiu pojawia się sąsiad wrzeszczący, że tak, to prawda, sypia z jej mężem. Ona, wściekła, próbuje go stłuc, ale nie udaje jej się to, bo do akcji wkraczają rośli ochroniarze. Ona rzuca pytanie: "Co ty masz takiego, czego nie mam ja?"
Sąsiad rozpina koszulę i seksownie (?) wywija damską piersią. Prawdziwą. Jedną. Lewą.

Do studia wpada małżonek lesbijki i czule całuje opiersionego sąsiada.

Do studia wpada były kochanek męża i czule go całuje, po czym skuwa swój nadgarstek i nadgarstek małżonka kajdankami.

Lesbijska żona jest wściekła i żąda rozwodu. Mąż prosi ją, żeby tego nie robiła i obiecuje dla ratowania małżeństwa poddać się operacji zmiany płci.
Ona na to przystaje, ale były kochanek męża nie chce rozkuć kajdanek.

Film science fiction? Awangardowa sztuka teatralna napisana pod wpływem LSD?

Nie, Jerry Springer Show.

Kto lubi surrealistyczne przedstawienia powinien włączyć Zone Club o 22.00.

W Stanach wszystko jest możliwe...

Ech...


19 marca 2008

Prezydent wszystkich (?) Polaków dokonał występu z podkładem muzycznym i filipińską*) flagą. Było o tym co zwykle - o złych Niemcach i złych pedałach.

Idę po berecik... może zrozumiem o co chodzi.

*)W komentarzu zostałam pouczona, że flaga była indonezyjska, a nie filipińska. Co nie zmienia faktu, że na pewno nie była polska.

A jak to jest wam?


16 marca 2008

Tak sobie ostatnio rozmyślałam (bo ja tak mam, że rozmyślam i sprawia mi to przyjemność - powinnam była zostać filozofem chyba) o tym, jak to było kiedy zdawałam maturę. Natchnęła mnie do tego młodzież maturalna, z którą mam kontakt i tak się zastanawiałam jaka byłam wtedy, kiedy, jak mi się wydawało, wszystko sie kończyło (szkoła) i wszystko się jednocześnie zaczynało (dorosłe życie?).
Doszłam do jednego wniosku, że wtedy, wszystko jakoś chyba bardziej mnie cieszyło - potrafiłam oddać się czemuś absolutnie i zupełnie, a teraz cokolwiek, nawet nie wiem jak przyjemnego by się zdarzyło, zawsze gdzieś z tyłu głowy dochodzi mnie cichutki głosik przypominający o rzeczywistości - nie jedz tyle - będziesz gruba, nie pij tyle - głowa będzie cię bolała, nie czytaj do rana - będziesz miała wory pod oczami, nie ryj w Internecie - nie zdążysz się na jutro przygotować, nie tkwij w wannie aż do rozpuszczenia - prąd kosztuje...

Najpierw poczułam smutek i gorycz, że tak jakoś nie można się cieszyć bez konsekwencji, ale po jakimś czasie postanowiłam zadbać trochę o siebie i poprawić sobie humor i spróbować cieszyć się nawet maleńkimi rzeczami tak, jak udawalo mi się to kiedyś.

To tyle z przemyśleń w Niedzielę Palmową.

Jakaś chyba nie taka jestem


1 marca 2008

No, jakaś chyba jestem nie taka jak trzeba, bo wcale nie ryczałam ze śmiechu na "Lejdis". Śmiałam się wyłącznie w momentach, kiedy na ekranie pojawiali się faceci.

No i doszłam do wniosku, że:
1. nie mam poczucia humoru
2. panie grały słabo i nie przekonały mnie, że ich kwestie były zabawne
3. to nie była komedia (wcale nieśmieszny był dla mnie wątek, w którym jedna z bohaterek stara się o dziecko, nie może zajść w ciążę, a potem okazuje się, że muszą jej usunąć jajnik - mało komediowe jak dla mnie, ale może jestem jakaś dziwna)
4. jestem bardziej pyskata od bohaterek filmu

Pewni bardzo młodzi faceci, których znam osobiście, wyrazili opinię, że bohaterki filmu były wulgarne.
Ha, mało jeszcze przeżyli i nie widzieli, tudzież nie słyszeli kobiet w okolicy trzydziestki w połączeniu z dużą ilością wina.

Nie powiem, że "Lejdis" mi się nie podobał. Ale na kolana mnie nie rzucił.