8 sierpnia 2010

To był tydzień, który obfitował w wydarzenia.

Bo po pierwsze i najważniejsze, we wtorek wieczorem ten świat powitała Patrycja, z czego wszyscy bardzo się ucieszyliśmy. Czekamy na to aż Agul trochę się oswoi z rolą mamy i trochę ochłonie, żebyśmy mogli się przywitać.

Ze spraw bardziej ogólnopolskich mamy w Warszawie wojnę o krzyż. Lub Krzyż. Nie powiem ani słowa na ten temat, bo głowę mam na to za małą i za wrażliwą. I mi się nie mieści. Na Facebooku dołączyłam do odpowiednich grup, żeby zachować równowagę psychiczną.

W środę poszliśmy do miejscowego kina na arcydzieło kinematografii amerykańskiej o Frieddim Krugerze. Zachowywaliśmy się niewłaściwie - chichraliśmy się, gadaliśmy i ziewaliśmy donośnie. I straszyliśmy Martkę, która bała się w ciszy i zasnuła podłogę popcornem.

A w piątek gościli nas Ędrju z Mężem. Były hulanki i gry.

A wieczorem przyjechała Kubek w odwiedziny. Bez jabłek!

SzalĘstwo, panie i panowie.
2 sierpnia 2010

Dzielnie przeżyłam pierwszy dzień w pracy. Po czterotygodniowym urlopie.

Nie było tak źle - zostałam przeszkolona z tego, co już umiem i wiem. Mogłam błyszczeć wiedzą i zaangażowaniem.

Od jutra zaczynamy orkę.
29 lipca 2010

A jednak coś się dzieje.

Agul w szpitalu już szykuje się na spotkanie oko w oko z Patrycją.

Bando, już niedługo będzie nas więcej!




28 lipca 2010

Nie piszę, bo ziewam i się snuję.

Pogoda zrobiła się bura i najchętniej robię NIC.

Samo przez się rozumie, że pisać nie mam o czym. Chyba , że ktoś lubi czytać o ziewaniu i się snuciu. No, ale ponieważ osób takich nie znam, to nie piszę.

To idę poziewać i się posnuć.
25 lipca 2010

Zieeeeeeeeeew, zieeeeeeeeeeeeeew, zieeeeeeeeeeew.

U mnie jest właśnie tak dzisiaj.
22 lipca 2010

Mój blog skończył cztery lata.

W zeszłą niedzielę.
22 lipca 2010



Wobec powyższego jestem przeciwna parytetom.

Brak profesjonalizmu.

Gdzie Girl Power?
22 lipca 2010

A gdyby tak przenieść się w czasie o jakieś 21 lat wstecz, to dziś byłoby święto państwowe.


Jak dla mnie, dobrze, że się nie da.
22 lipca 2010

Po czym poznać, że mogę już powoli kończyc urlop?

Po pierwsze, od kilku dni nie wiem czy to wtorek czy niedziela.

Po drugie, nie mogę na tyłku usiedziec i wymyślam sobie różne debilne zajęcia. Typu mycie okien, prasowanie, pucowanie podłóg oraz wygrzebywanie materiałów na "po urlopie".

Nudzę się.

I bardzo dobrze!

22 lipca 2010

Lato trwa w najlepsze.

Jest bardzo gorąco.

Wczoraj dla ochłody słuchałam kolęd.

Nie pomogło.
19 lipca 2010

Wywiązała się taka dyskusja: czy zupa pomidorowa lepsza jest z ryżem czy z makaronem?

Opinie zależały od płci - dziewczyny zgodnie stwierdziły, że lepsza z makaronem, chłopaki, że z ryżem.

Takie dyskusje prowadzimy w upalne dni.
16 lipca 2010

Nie ma NIC lepszego na taki upał jak pójść se na siłownię *). Skoro tak, to z Martką poszłyśmy.

Było fantastycznie - wypociłyśmy się za wszystkie czasy!

Pysk śmieje mi się od ucha do ucha - nie ma to jak się wyskakać - od razu znikają wszystkie problemy.

W poniedziałek znów idziemy.

A Wam dalej gorąco?

Proszsz, się panie (i panowie) częstują.


A tak poza tym, to burza idzie.

*) Straszne dwa chudzielce tam oprócz nas były. Demotywatory totalne.
14 lipca 2010

How to make me happy:

1. wziąć niemało kawy, najlepiej tej od Filipe :)

2. filiżankę wielkości nocnika podstawić pod tę część ekpresu, która daje ciemną ciecz

3. poczekać na strużki cieczy

4. wlać zimniutkie mleko do zaparzacza

5. pomielić wanilią i karmelem


6. poruszając energicznie tym cypkiem od zaparzacza spienić mleko

7. wlać mleko do kawy - macie mnie z głowy na czas picia, a filiżanka jest spora :)


Po wypiciu jednak chce mi się skakać...

14 lipca 2010

Skwar.

Staram się za wiele nie poruszać, żeby nie pocić się aż tak.

Mistrzostwa

12 lipca 2010

Mistrzostwa Kuli Ziemskiej w Piłce Kopanej zakończyły się wczoraj. I bardzo dobrze.

Dobrze, bo chociaż część meczy oglądaliśmy wspólnie z Bandą (za każdym razem w innej miejscówie), to zawsze, kiedy się spotykaliśmy mecz był, że powiem kulturalnie nudny i do bani.

Całe szczęście umilaliśmy sobie czas obstawianiem wyników.

W sumie wygrałam 14 złotych. Hazard nas wciągnął i już obmyślamy, jakim innym sportem by się zająć. Hazardowo rzecz jasna.

Wczorajszy mecz był fajny, bo sędzia miał zapas tych żółtych karteczek i dzielił się nimi hojnie z zawodnikami.

Zawodnicy głównie kopali się gdzie popadnie, przewracali się, wili się w bólach i jęczeli.

Ędrju tak się meczem zafascynowała, że błagała: "Nie, nie, tylko nie dogrywka, ja już chcę do domu".

Jednak nieszczęścia (tym razem w postaci meczów do bani i odpadniętych drużyn, na które stawialiśmy) nas jednoczą i rozegraliśmy dwa konkursy muzyczne. Jeden w zeszłym tygodniu, w którym drużyna, w której składzie byłam wtopiła z kretesem, a drugi wczoraj, w którym się pięknie odkuliśmy.

Jak mawia Kasztanu, było grubo.
10 lipca 2010

Całą zimę wszyscy narzekali na to, że jest zimno i mówili, że cudownie by było powygrzewać się na słońcu.

Potem w maju i czerwcu wszyscy narzekali na deszcze, powodzie, chmury. I mówili, że cudownie by było powygrzewać sie na słońcu.

Przyszło słońce, wakacje, gorący lipiec i wszyscy narzekają, że do dupy jest słońce i fajnie by było, jakby była zima.

Ja za wami ludzie nie nadążam.

Tak, zgadzam się, że jest baaaaaaardzo gorąco i że bez klimy ciężko przetrwać, ale kurde no, przez pół roku własnie o to wam chodziło chyba, nie? Marzenia wam się spełniły, haloooooooooo!

A może, po prostu jest temat do narzekania, temat pod ręka, tuż tuż. I szkoda nie skorzystać.


Tradycja

8 lipca 2010

Tradycja rzecz święta, jak to mówią.

Mam urlop? Mam. Jestem chora? Jestem.

No.

Czyli wszystko na swoim miejscu.

Wczoraj

8 lipca 2010

Wczoraj umówilśmy się na wspólne oglądanie "mecza".

Mecz nie bardzo nam się podobał, nie pomagało nawet częste wychodzenie do toalety (zgodnie z regułą, że gole padaja zawsze wtedy, kiedy jesteś w ubikacji).

Dlatego też rozegraliśmy w trakcie drugiej połowy konkurs muzyczny przygotowany przez Ędrju i jej małżonka.

Nazwy drużyn, w jakich gralismy, nie nadaja się do publikacji.

Powiem tylko, że moja drużyna wtopiła okrutnie.

Dalej

8 lipca 2010

Dalej jestem zmęczona. Podobno człowiek przyzwyczaja się do urlopu po 4-5 dniach. Jutro powinnam zatem "poczuć bluesa".

A tymczasem nadrabiam zaległości na FB.


3 lipca 2010

Martka żyje. Je, pije i skacze.



To znaczy chyba skacze, bo ze zdjęć to nie wynika.
3 lipca 2010


Pierwszy dzień wakacji prawie za mną. Był słoneczny i gorący, a do tego raczej leniwy. Czyli wszystko jak należy.

Jest mi dobrze, choć jeszcze nie oswoiłam się z myślą, że mogę siedzieć i nic nie robić. Oswoję się za parę dni, tego jestem pewna.

Tymczasem, oglądam sobie mecze, chociaż tak prawdę mówiąc kibic ze mnie marny. Kibicuję niektórym drużynom, a niektórym nie, powody ku temu są zupełnie nie związane z piłką, na której się zasadniczo nie znam. To znaczy wiem, że trzeba biegać i kopać piłkę tak, żeby wpadła między te dwa kijki obciągnięte siatką. *)

Słucham sobie wuwuzeli i piję piwo. I tak jest dobrze.


*) trochę przesadzam, bo kumam jeszcze parę rzeczy dotyczących gry, ale wcale mnie one w niej nie eksajtują :)

Po czym poznać


3 lipca 2010

Po czym poznać, że jest lato?

Po tym, że Kalendarz Google przysłał mi powiadomienie o treści: Na dziś nie zaplanowano żadnych zadań.

Po tym, że Kasztanu nie aktualizuje bloga od pięciu (!) tygodni.

Po tym, że na obiad kupiłam dziś sobie arbuza.

Po tym, że siedzę i piszę to na balkonie, wystrojona w szorty i bluzkę bez pleców.

Po tym, że Martka i Dominik skaczą:


1 lipca 2010

Zbilansowana dieta Natalee. Na bułce są śladowe ilości pasztetu. Tego z kogutkiem.

Nadal

27 czerwca 2010

Nadal czuję się jak trzy ćwierci do śmierci. Na szczęście za 5 dni zaczynam urlop! Jest zatem szansa, że nie padnę trupem.

Oprócz pracowania zajmuje się tez kibicowaniem. Solo (dziś) i grupowo (wczoraj).


Kibolki.


I kibole.

U mnie na kwadracie.

Wieczór

13 czerwca 2010

Wieczór zakończyliśmy w małym, sprawdzonym gronie.

Najpierw gadaliśmy bzdury (słoniu, słoniu) - śmiałam się tak, że dziś boli mnie brzuch. Chłopaki śpiewali piosenkę z "Yatamana" na dwa głosy (tim ti rim dim dim dim).

No, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy jakiejś gry nie wymyśliliśmy - ponieważ w pubie był telewizor, przesiedliśmy się jak najbliżej ekranu i obstawialiśmy wynik meczu (każdy wrzucał do puli po złotówce). Niestety nie bardzo obejrzeliśmy mecz, bo nad Tychami rozpętała się burza i na ekranie pojawił się napis No signal.

Oj, tam. Nic się nie stało. Mieliśmy Internet w komórce Kasztana, więc i tak śledziliśmy wyniki.

Dziś hazardu ciąg dalszy :)




Jakby co, to Asia piła TYLKO sok. O żadnym piwie nie było mowy.


Chór męski przed wykonaniem "Yatamana".


Kropka odzyskała możliwość picia piwa.


Szef

13 czerwca 2010

Szef był niezadowolony, że nie chcieliśmy iść po wycieczce z nim na piwo (w pubie browaru niektórzy obrócili nawet po 3 piwa, zanosiło się, że wieczór zakończa spektakularnie).

No, nie chcieliśmy.

Nie z każdą osobą, z którą pracuję, a która mi podlega mam ochotę urżnąć się w trupa. A na to się wczoraj zanosiło.

W ramach

13 czerwca 2010

W ramach zakończenia roku szkolnego poszliśmy na wycieczkę po miejscowym browarze.

O ile na początku marca byłam profesjonalizmem obsługi wręcz zachwycona, to wczorajsza wycieczka pozostawiała wiele do życzenia. Widać, wg niektórych przy większych grupach nie trzeba się starać i najlepiej przebiec przez muzeum raz-dwa i nalać ludziom piwa, to się zamkną.

Po pierwsze, pani która nas oprowadzała zasuwała z opowieścią jak karabin maszynowy. Po drugie, chyba ze trzy razy nas spytała czy nie chcemy od razu iść na piwo do pubu (niestety, chcieliśmy zwiedzić browar). Po trzecie, nie zaprowadziła nas do kina 3D, ani do 'beczki", z której można wysłać mailem pocztówkę, a sa to niewątpliwie jedne z największych atrakcji muzeum.




Dzisiejszy dzień

10 czerwca 2010

Dzisiejszy dzień to jeden wielki chaos.

Totalny brak organizacji i wszystko na ostatnia chwilę.

I propozycja, żebym poszła dziś popracować na łąkę.

Że nie skomentuję.
9 czerwca 2010

No, a wczoraj Gretek odzyskała WOLNOŚĆ!

Radujmy się!

Nie lubię

9 czerwca 2010

Nie lubię strasznie, kiedy ludzie wciąż i ciągle i bez przerwy na wszystko narzekają.

Żeby nie było, nie jestem super optymistycznie nastawiona do świata, ale jak coś miłego mnie spotka, to się z tego cieszę, a nie szukam dziury w całym.

Z pozdrowieniami dla takiej jednej, której WSZYSTKO w życiu przeszkadza.

Męczysz mnie, kobieto, swoimi opowieściami.

Faceci

9 czerwca 2010

Faceci to się na wielu rzeczach nie znają po prostu. W zeszłym roku, kiedy kupowałyśmy hurtowo apaszki w kolorach amarant, chaber, szmaragd - Kasztanu stwierdził, że takie kolory nie istnieją. Jest różowy, niebieski i zielony. (Jest Lądek, Lądek Zdrój.)

Dzisiaj, kiedy Karolec stwierdziła, że pewna mgiełka do ciała z awokado jest całkiem niezła, Kasztanu wzruszył ramionami, prychnął, westchnął, sapnął i stwierdził: "Mgiełka z awokado? Chyba was porąbało."

A kobieta, Kasztanu, potrafi nawet awokado na mgiełkę przerobić.

We love you anyway.

Lato

6 czerwca 2010

Lato przyszło!

Jak dla mnie - bomba!

Z tej okazji postanowiłam przejść się nad jezioro, które widzę z balkonu.

Jezioro jest wciąż tam, gdzie było, las stoi i rośnie jak wcześniej. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, no wprost cudnie było!

W spacerze jednak przeszkadzały mi nieco komary, które postanowiły pożreć mnie żywcem. Nadgryzły mnie tu i tam znacząco, więc się czochram.

Poza tym po zimnym i deszczowym maju naród tłumnie wyległ na leśne ścieżki i nadjeziorne alejki.

W życiu bym się nie spodziewała, że tyle osób ma rowery. I że tyle w tym mieście mieszka psów.


Wczoraj

5 czerwca 2010

Wczoraj obchodziliśmy urodziny Kasztana. Urządzilismy konkurs z nagrodami i z wręczeniem dyplomu, graliśmy we własnoręcznie przez Martkę wykonaną planszówkę, a Kasztanu otrzymał na koniec prezent właściwy, czyli to, co sobie wcześniej zażyczył.

Urządzenie konkursu zajęło nam sporo czasu, musieliśmy się nagłowić i trochę Kasztana pokłamać na samym początku.

Udało się!

A było tak: