25 stycznia 2011

Ha! Wstawiłam notkę o czekaniu na kuriera i... przyjechał kurier :)
25 stycznia 2011

Dzisiejszy dzień upływa mi na oczekiwaniu. Na kuriera.

Jedzie do mnie aż ze Szczecina, więc nie ma stuprocentowej pewności, że to właśnie dziś się zobaczymy.  No, ale czekam, bo 'towar powinien być u mnie dziś' parafrazując słowa sprzedawcy.

Zauważyłam, że ostatnio większość dużych zakupów robię przez internet. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że tak trudno umówić się z kurierem kiedy ten może zastać mnie w domu. Mają chłopaki nosa, zawsze chcą mi coś zostawić właśnie wtedy, kiedy jestem w pracy.

Poprzednim razem grzecznie zaproponowałam, żeby podjechał do mnie do fabryki (był jedną ulicę dalej), ale niestety stwierdził, że 'to nie jego rejon'. Po czym zadał mi pytanie o której będę w domu. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ok. 18.00, na co usłyszałam 'no, nie, tak długo to ja jeździł nie będę!' Trochę mu się rzuciłam do gardła przez telefon i spokorniał, ale żeby przesyłkę odebrać musiałam zwolnić się z pracy.

Na szczęście dziś zwalnianie się z pracy mi nie grozi, bo mam urlop.

Jak ja nie lubię czekać na kuriera!
24 stycznia 2011

Siedząc urlopowo w domu przekonałam się, że bez względu na to ile kanałów oferuje 'dostarczyciel' telewizji kablowej i bez względu na porę - nie ma nic ciekawego, co warto byłoby obejrzeć.

W internecie też nic nie ma.

Idę umyć podłogę w sypialni.
24 stycznia 2011

Wolny czas poświęcam na odpoczynek, ładowanie baterii przed nachodzącym drugim semestrem oraz ogarnianie domostwa.

Nie narzekam, jest mi dobrze.

23 stycznia 2011

Po grzecznie spędzonym w domu wieczorze, wprowadzeniu do organizmu 0,33 litra piwa dziś dosłownie łeb mi pęka jak po całonocnej imprezie.

Nie ma na tym świecie sprawiedliwości!


17 stycznia 2011

Zima zniknęła. Ale ponoć planuje powrót. Raczej mi to wisi.

W telewizji dużo o tym, że Ruscy znów nam dali w twarz, tym razem Makiem. No to nie oglądam telewizji, wzięłam na przeczekanie.

Poza tym za dwa dni zaczynam urlop, a co!

A macie może tak, że wydaje wam się, że kogoś dobrze znacie i że nic was już nie zaskoczy i nadchodzi taki dzień, że wywija taki numer, że zostajecie z otwartą gębą, bo nijak tego się skomentować nie da? Bo mi się takie coś przydarzyło i do dzisiaj się otrząsnąć nie mogę. Stara jestem a naiwna jak dziecko i ludziom ufam i wierzę. A wychodzi na to, że trzeba się w życiu kierować "zasadą ograniczonego zaufania".

Rzekłam.

3 stycznia 2010

Długie przerwy w pracy skutkują ogólnym niechceniem w pierwszy dzień pracy zaraz po ich zakończeniu.
Na szczęście mam to już za sobą, a przede mnie kolejne pracowite dni.

 
A za trzy tygodnie znów urlop.

31 grudnia 2010

Nieco niepokoi mnie gmeranie przy OFE i ZUSie.

Od stycznia zaczynam odkładać pieniądze również do skarpety, tak na wszelki wypadek, bo obawiam się, że po 40 latach ciężkiej pracy będzie mnie stać jedynie na suche bułki.

30 grudnia 2010

Czy poczta zgubiła prezenty, które wysłałam do Brazylii, czy tylko spowolniła tempo z powodu śniegu i mrozu?

Mam nadzieję, że to drugie.

28 grudnia 2010


 

Po plotkowym spotkaniu z koleżankami człowiek wie już wszystko. Szczególnie o facetach. I o zmywarkach. I o tuszach do rzęs. I o mieszkaniach. I o świętach.


 

I o tym ile piwa można w siebie wlać i ile jedzenia pochłonąć.


 

Rano wie, jak boli głowa. Nie za bardzo, ale zawsze.

Ale było fajnie!

27 grudnia 2010

Nie lubię czuć się przejedzona.

Zatem od dziś jem niewiele, ciut ciut, tyle co kot napłakał.

Za oknem mroźno i słonecznie, a popołudniu plotki.

Żyć, nie umierać!

24 grudnia 2010

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich!

Sobie życzę spokoju i czasu na odpoczynek, którego jak niczego innego naprawdę potrzebuję.

Życzę sobie też, żebym zaczęła znów tu pisać od czasu do czasu, a nie tylko czytać co inni piszą.

Bo to niegrzecznie mieć bloga i nie pisać.

To ja spadam przelecieć się na mopie ostatni raz w tym tygodniu.

Wszystkiego pysznego i żeby Was brzuchy i głowy rano nie bolały!

4 grudnia 2010

Pozdrawiam z mlecznej krainy, w której wszystko jest białe niebo, ziemia i to co pomiędzy też.

Jest śnieżnie, jest zimno, jest ładnie.

Na nic nie mam czasu. Czekam na Boże Narodzenie, "coby se dychnąć".

6 listopada 2010

Jeżeli kobiety mówią o swoich facetach jak o małych dzieciach, to trochę tracę do tych facetów szacunek, chociaż w większości przypadków to strasznie fajne chłopaki (wiek bez znaczenia).

Są na tym świecie kobiety, które wciąż na swoich mężów, narzeczonych, chłopaków, partnerów narzekają.

Ciężko się tego słucha.

1 listopada 2010

Czuję się jakby były dwie niedziele pod rząd. Fajnie. Odpoczywam. Robię nic.

31 października 2010

Wczoraj postanowiliśmy uczcić to okropne komercyjne satanistyczne święto Helołin i zapodaliśmy sobie dwa filmy typu horror.

Jeżu słodki, co za dzieła, co za dzieła! Krew z ketchupu, flaki, zombiaki i kościotrupy w hełmach. No i oczywiście piła łańcuchowa. Niezapomniane przeżycia podlane wódką i winem. I naszymi komentarzami.

Fajny wieczór, a łeb to myślałam, że mi rano pęknie.


31 października 2010

No i nie piszę już tu prawie wcale. Nie wiem dlaczego , jakoś tak wyszło. Nie dlatego, że nic się nie dzieje, bo dzieje się naprawdę sporo, ale nie mogę się zebrać, żeby coś napisać.

 
Tak czy inaczej, obiecałam sobie, że to się zmieni i że postaram się pisać coś od czasu do czasu.
17 października 2010

Spotkania plotkarskie przy winie, w których udział brać mogą jedynie dziewczyny są FAJNE. Nawet bardzo.

Zasadniczo i pobieżnie omówiłyśmy wszystko. Wszyściusieńko.

Dziś oddaję się umiarkowanemu lenistwu połączonemu z pracami domowymi.

No i zostało mi półtorej butelki wina z wczoraj, bo niewłaściwie oszacowałam ilość potrzebnego alkoholu. Wróć. Ja oszacowałam dobrze, ale panna Zofia zapadła na katar i jej matka nie brała udziału w degustacji win, a Martka poleciała pić wódkę z chłopakami, więc na koniec odmówiła kolejnej lampy (tak lampy nie lampki, mam gigantyczne kieliszki) wina.

A ja zasnęłam w objęciach Tekturowego, który zjawił się ni z tego ni z owego w okolicach godziny 21.30.
16 października 2010

Kurde, ale rano zimno jest, co? Niezbyt mi się to podoba, ale nie narzekam za bardzo.

W pracy powróciłam do "regularności" - pracuję w przewidywalnych godzinach i wracam do domu ciemną nocą. Też nie narzekam za bardzo.

A w soboty dorabiam sobie "na boku". Czyli w domu. I to mnie cieszy. Więc tym bardziej nie narzekam.


3 października 2010

I kolejny tydzień za mną.

Najpierw byłam chora ze zmęczenia. Odżywiłam się, odespałam i wróciłam do żywych.

Poza tym pracowałam, pracowałam i pracowałam.

To tyle o moim interesującym życiu.
26 września 2010

W tak zwanym międzyczasie miałam urodziny.

Dostałam z tej okazji więcej, niż mogłam się spodziewać.

I nie mam na myśli materialnych prezentów, bo te oczywiście cieszą, ale największą radość sprawiły mi różne niespodzianki. A było ich trochę.

Najpierw Martka zaatakowała mnie tortem, który cichaczem zostawiła pod moimi drzwiami.

Potem z Sao Paulo zadzwonił Filipe, mój najfajniejszy na świecie kuzyn.

Potem miała być niespodzianka, którą położyłam przez swoją asertywność - przepraszam jeszcze raz :).

Wczoraj był konkurs, który musiałam wygrać, żeby dostać prezent - nie wygrałam, ale prezent dostałam i tak - wiklinowy koszyk, a w nim: kiełbasę zwyczajną, słoik papryki konserwowej, konserwę tyrolską, seler naciowy i tackę włoszczyzny.

A potem zamówiliśmy pizzę i pan dostawca razem z pizzą przyniósł prezent właściwy. Oprócz napiwku dostał siarczystego buziaka w policzek.

A potem jeszcze dostałam kartkę z życzeniami.

I prezentację w Powerpoincie na swój temat.

Oraz dyplom ukończenia Wyższej Szkoły Rybologii.

Dzięęęęęęęęęęęęęęęęę- kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu- jęęęęęęęęęęęęęęę!
26 września 2010

Działo się w ostatnich tygodniach wiele.

W pracy było stresująco, robiłam to, co do mnie nie należy i chyba udało nam się dość poważny problem 'ogarnąć'. Powisiałam na telefonie, napisałam hurtową ilość maili, porozmawiałam, z kim się dało, osobiście.

Zmęczyło mnie to.


23 września 2010

Nie piszę.

Dzieje się bardzo dużo, a ja nie piszę.

Ale się zbieram w sobie, żeby napisać.

Ale to nie dziś.

Dziś idę spać.
16 września 2010

Dotychczas myślałam, ze różne dziwne i śmieszne (nie mylić z zabawne) rzeczy, które dzieją się w moim miejscu pracy, dostrzegane są jedynie przez pracowników.

Otóż, jak się dziś okazało, nie.

Klienci też są spostrzegawczy.

Z tego powodu nie mogę przestać się śmiać. A pracę skończyłam 5 godzin temu.

Scena jak z "Dyzmy".
15 września 2010

Tym razem nie piszę, bo jestem zmęczona. Za dużo używam w pracy komputera. Tak dużo, że nie chce mi się włączać swojego w domu.

Poza tym żyję.

Mam pincet siniaków.


31 sierpnia 2010

Pada deszcz.

Wieje wiatr.

Jest zimno.

Na Kasprowym 10 cm śniegu.

Przez osiem godzin dziennie jestem miła, uśmiechnięta i kompetentna.

Wieczorami żłopię piwsko, żeby odreagować.

JA CHCĘ WAKACJE!

27 sierpnia 2010

Zmęczenie i głupawka dopadły nas w tym roku już 27 sierpnia. Wcześniej niż w zeszłym.

Nie chcę myśleć co będzie dalej.

26 sierpnia 2010

Wierzę w równowagę. W balans. W to, że nic nie ginie. Że każdy dobry uczynek do nas powróci. Zły też.

Znam osobę, która zawsze powtarzała, że ważne jest dla niej tylko jej własne zdanie, nikogo nie słucha, nikim się nie przejmuje. Ważna jest tylko ona sama.

Dziś zabolało ją, że ktoś o niej nie pomyślał. Fukała i prychała, że jak tak można.

Równowaga.

Dostajesz tyle ile dajesz.
25 sierpnia 2010

Wieśniak to cecha charakteru.

O, jakże dobrze o tym wiem.
25 sierpnia 2010

Życie stawia przed nami wciąż nowe zadania. Rzekłam. Jakże odkrywczo i oryginalnie.

W pracy stawia tych nowych zadań najwięcej, zrzucając na mnie i na Gretka, jako na dwie najbardziej doświadczone różne różności. I byłoby ogólnie rzecz biorąc fajowo, gdyby nie fakt, że zaczyna nam już od tego bić na dekiel. Bo człowiek, choćby nie wiem jak doświadczony i obeznany z tym, co robi, ma ograniczone możliwości w ciągu tych ośmiu (niech będzie, że ośmiu) godzin, które spędza w biurze.

Tak więc sezon na udawanie jeża noszącego na grzbiecie jabłka i śliwki (w moim wykonaniu) uważam za otwarty.

To dopiero początek.
24 sierpnia 2010

Praca w pracy wre.

Są jednak tacy, którzy za wiele nie pracują, za to prowadzą śledztwo mające na celu wyjaśnienie bardzo tajemniczej sprawy: dlaczego Ola (i nie tylko ona) chodzi robić siku własnie do TEJ toalety, a niej do INNEJ.

Coś czuję, że jutro nastąpi ciąg dalszy dochodzenia, bo z nudów trzeba się czymś zająć.


16 sierpnia 2010

W pracy nadal mam przestój. Dłubię w nosie zapamiętale.

Muszę uważać, bo jeszcze se oko wypchnę przy tym dłubaniu.

Ponoć w środę ma się to nareszcie skończyć.

Oby.
16 sierpnia 2010

Bardzo ucieszyłam się, naiwna, kiedy usłyszałam od Tekturowego, że mam wybrać zmywarkę. Taką, jaka mi się spodoba. I nie muszę być bardzo oszczędna.

-Hurrrrra, huuuuuuura, huraaaaaaaaaaaa! - krzyczałam. - Tralalalala! - śpiewałam z radości.

Po czym zaczęłam robić tzw. risercz. I mi mina z deka zrzedła, jak to mawiają. Ponieważ po odrzuceniu tych, których nie chciałam na pewno, zostało mi do wyboru 15 modeli. 15! Osiołkowi w żłoby dano. Iii-haaa!

W sobotę (po dwutygodniowym riserczu) postanowiłam zweryfikować poszukiwania wirtualne i porównać je z tym co oferuje prawdziwa rzeczywistość. W sklepie, którego nazwy przez litość nie wymienię, a którego od soboty 14 sierpnia 2010 od godz. 12.00 nie polecam nikomu, na szczęście stały tylko 3, które mnie zainteresowały. W tym jedna szpetna jak nie wiem co.

Po dokonaniu tzw. obluku tu i tam poszłam do domu, bo pan, który mnie obsługiwał był nie za fajowy i ogólnie miał już weekend i mnie w przysłowiowej dupie.

Zahaczyłam po drodze o jeszcze jeden sklep, który miał kosmiczne ceny i podreptałam do chatynki mej ubożuchnej. A tam wyguglałam ów model, który mnie zainteresował i znalazłam go taniej w jednym takim sklepie internetowym. Razem z transportem i wniesieniem. Zamówiłam w sobotę popołudniu, a dziś o 9.00 rano miła pani spytała mnie przez telefon czy mogą dziś przywieźć.

I otóż ją wiozą.

Zna ktoś fajnego hydraulika?
12 sierpnia 2010

Siedzę w pracy utknięta w martwym punkcie.

Praca w "drużynie" jest trudna, jeżeli nie wszyscy jej członkowie pracują tak samo intensywnie i mniej więcej w tym samym tempie.

Wczoraj znalazłam sobie zajęcie na cztery godziny, pozostałe cztery spędziłam na robieniu głupot.

Dziś marnuję czas już szóstą godzinę z kolei.

Dłużej tak nie dam rady i być może jutro zdechnę z nudów.

Ratunku!
8 sierpnia 2010

To był tydzień, który obfitował w wydarzenia.

Bo po pierwsze i najważniejsze, we wtorek wieczorem ten świat powitała Patrycja, z czego wszyscy bardzo się ucieszyliśmy. Czekamy na to aż Agul trochę się oswoi z rolą mamy i trochę ochłonie, żebyśmy mogli się przywitać.

Ze spraw bardziej ogólnopolskich mamy w Warszawie wojnę o krzyż. Lub Krzyż. Nie powiem ani słowa na ten temat, bo głowę mam na to za małą i za wrażliwą. I mi się nie mieści. Na Facebooku dołączyłam do odpowiednich grup, żeby zachować równowagę psychiczną.

W środę poszliśmy do miejscowego kina na arcydzieło kinematografii amerykańskiej o Frieddim Krugerze. Zachowywaliśmy się niewłaściwie - chichraliśmy się, gadaliśmy i ziewaliśmy donośnie. I straszyliśmy Martkę, która bała się w ciszy i zasnuła podłogę popcornem.

A w piątek gościli nas Ędrju z Mężem. Były hulanki i gry.

A wieczorem przyjechała Kubek w odwiedziny. Bez jabłek!

SzalĘstwo, panie i panowie.
2 sierpnia 2010

Dzielnie przeżyłam pierwszy dzień w pracy. Po czterotygodniowym urlopie.

Nie było tak źle - zostałam przeszkolona z tego, co już umiem i wiem. Mogłam błyszczeć wiedzą i zaangażowaniem.

Od jutra zaczynamy orkę.