Hilary... nie Clinton, niestety!

27 stycznia 2007

Rano wybieram się do pracy. Biegam po mieszkaniu jak oparzona, bo czasu mam niewiele, a sporo rzeczy do zrobienia. W takie poranki oczywiscie wszystko leci mi z rąk. Umyłam się. Pomalowałam. Włos gładko przyczesałam (bez zamierzonego efektu). Czas na ubieranie się. Szybka decyzja - biały golf. OK. Pod spód biały T-shirt. Biały T-shirt, biały T-shirt... Gdzies tu na pewno go widziałam! Szafa! Może jest w szafie? Nie ma... Moze w sypialni? Nie ma... W koszu z ciuchami czekającymi na prasowanie? Nie ma... W pralce z brudnymi rzeczami? Niemozliwe, pamiętam, ze czystą odłozyłam... Moze w pralce jednak? Wsadzam łeb do pralki... Halo!!!! Jestes tam?? Cisza... Wsadzam łeb głębiej... Haloooooooooooo!!!!!!!!!! T-shirt!!!!!!! jestes tam???? Nie ma! Nie ma! Nie ma!!! Kurde, nie ma!!! O! O, kurde! Jest! Jest! Hura! Mam go na sobie....


Czy to się da leczyć?

3 komentarze:

  1. ingen14:49

    Nieźle, choć jak wykąpiesz się w ubraniu i zorientujesz po fakcie, to dopiero będziesz miała problem...;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten t-shircik udało mi się włożyć PO kąpieli :D

    OdpowiedzUsuń
  3. ingen09:12

    hehehe;)

    OdpowiedzUsuń

A bardzo proszę, wyrzuć to z siebie.