
3 sierpnia 2009
Nie piszę tu od kilku dni, bo co to kogo obchodzi, że nadal nie mam balkonu, nie? Gdybym miała balkon, to by było o czym pisać, a tak? Bez sensu. Nudne.
No więc nie mam balkonu. Dziś popaprali takim czymś i to schnie. A w sobotę wnieśli miliard paczek płytek. Ładnych.
Hm, ponoć jutro mają je zacząć kłaść. Te płytki. Nie napalam się zbytnio. Na luzie to biorę.
Żeby jutro zaczęli kłaść, żeby jutro zaczęli kłaść, żeby... Luźna jestem. Luuuuuuz.
W sobotę byliśmy w Żywcu. Tej miejscowości, a nie pubie w Tychach. W Żywcu piliśmy Żywca. I jedliśmy oscypki, które nazywały się serki. Bo teraz nie na wszystkie na serki wolno mówić oscypki. Bardzo dobre były te oscyp... przepraszam - serki.
W Żywcu piliśmy też Martini Bianco. Również niczego sobie. Szczególne działanie na organizm ludzki ma takie Martini w wysokich temperaturach.
W Żywcu oglądaliśmy górali, obrusy, piszczałki, świątki i kierpce. Baranich skór nie było i dobrze, bo Britta na nie szczeka. A z natury jest nieszczekliwa, bo husky sobie jęzorów nie strzępią po próżnicy. No chyba, że na baranią skórę.
Jedna góralka tak głośno śpiewała, że wydawało nam się, że mikrofon był zbędny.
Poza tym zaczęła mi się praca. A w pracy, jak to w pracy, praca.
Gretchen pobiła rekord rekordów w szybkości wysyłania maila - po dokładnie 13 miesiącach (tak - trzynastu) dotarły do mnie zdjęcia z Łodzi! Alleluja! Wstawię, jak się wygrzebię z górali. Zdjęcia z panieńskiego Karolca muszę dość mocno ocenzurować.
To tyle ode mnie na dziś.
Wieczór mam zajęty, bo zostało tam w butelce trochę tego Martini.
Konkurs trwa nadal.
Po przeczytaniu komentarzy z poprzedniego posta stwierdzam, że wirtualny świat jest bardzo mały.