
21 kwietnia 2009
Muszę przyznać, że poniedziałek był dla mnie hardcorowy.
Rano obudziłam się zmęczona i do świata nastawiona średnio pozytywnie, że tak to eufemistycznie ujmę.
Postanowiłam odwiedzić parę sklepów z ciuchami. O-MÓJ-BO-ŻE! Albo brzydkie, albo za małe (rozmiar 32 na przykład, ile znacie dorosłych osób tej wielkości?), albo cena z kosmosu, ratunku! Jestem w dość, jak mi się zdawało, przeciętnym rozmiarze 38 i nie mogę znaleźć dla siebie spodni!
Gretek usłyszawszy moje utyskiwania radośnie orzekła: "A ja kupiłam sobie w weekend buty!". Fantastycznie - szukała ich jedynie 2 lata. Co nie pocieszyło biorącej w rozmowie Ginewry, która szuka prostych balerin bez "świecidełek, kokardek, diamencików i cekinów". Kupisz, kupisz, w 2011 :)
Zasiadłszy przed pracowym komputerem usłyszałam powolne szuuuuuuuuuuuur, szuuuuuuuuuuuuuur, szuuuuuuuuuuuuuuuuuur. To Agul radośnie zmierzała do pracy. Czyli było nas dwie.
Potem nadeszła Ruba wielce eeeeeeeeeeeeneeeeeeeeeeergiiiiiiiiiiiiiiiiicznie oznajmiając, że jest mega przymulona. Czyli było nas już trzy.
Do domu wróciłam z jakimś przekosmicznym bólem głowy, postanowiłam go przespać, co niestety nie było łatwe, bo, żeby spać trzeba najpierw zasnąć, a moja głowa nie chciała mi na to pozwolić.
Na szczęście dziś rano było trochę lepiej, a teraz jest już całkiem przyzwoicie.
Byłam dziś w bardzo znanej tyskiej piekarni. Spytałam czy dostanę pumpernikiel. Pani sprzedawczyni zrobiła oczy wielkie jak bochny chleba wiejskiego i spytała: "A co to jest?" Jezu, dobrze, że wie co to bułka. Chyba wie, bałam się spytać. Wyszłam z piekarni pośpiesznie.
Kurde, niech już będę miała urlop, bo zmęczona jestem i weekendy są za krótkie, żeby odpocząc.
Babskie plotki i wino - oto czego mi trzeba.