
Za 11 i pół godziny skończy się stary rok i zacznie się nowy.
To, tego, no.
Miłej zabawy. I żeby głowa nie bolała jutro za mocno.
7 grudnia 2009
Zdecydowanie czuję się lepiej. Dalej jestem zmęczona, ale wróciła mi chęć do życia. Faszeruję się witaminami i mam nadzieję dotrwać do świąt w dobrym zdrowiu.
Świat jest szaro-bury i ciemny już o 16.00. A wieczorami mglisty. Pogoda raczej nie nastraja mnie euforycznie.
Do ferii niecałe 16 dni.
4 grudnia 2009
Jak się człowiek wyżali komuś, kto ma takie same (prawie) problemy to mu od razu nieco lepiej. Dzisiejszy dzień spędziłam z Ginewrą i trochę żali wylałyśmy. Mi pomogło.
Jutro szykuje mi się hiper pracowita sobota, chociaż powinnam odpocząć. Niestety. Na szczęście jutro męczyć będę się w domu.
Do Krismasu – 19 dni (niecałe, bo już wieczór).
27 listopada 2009
Hrabia J. czyli Kasztanu zauważył, że nie piszę i nazwał mnie nawet matką (patrz komentarz do poprzedniego posta). Tak mnie to poruszyło, że postanowiłam pisać codziennie.
Z rzeczy codziennych to muszę donieść, że nie pamiętam jak się nazywam taka jestem zmęczona. Bo wciąż pracuję. Piorę. Sprzątam. Gotuję. Prasuję. Nauczam. I szkolę natywnych. I planuję remont kuchni. Wybieram zmywarkę, płytę oraz gary.
Poza tym wczoraj jechałam pociągiem podmiejskim. Podróż wielce przyjemna, pociąg czysty, pachnący i nowoczesny. Szkoda tylko, że spóźniony o 15 minut. Sama podróż trwa 11 minut. Szkoda gadać.
Zapostulowałam dzisiaj u szefa, że chcę pracować w oddziale naszej placówki wysuniętym najbardziej na południe, bo tam jest cisza, spokój i mają ciasteczka. Nie to co u nas w centrali. Ani ciszy, ani spokoju, że o ciasteczkach nie wspomnę. Szef udawał, że postulatu nie słyszy. Głuchy, czy co?
Ale nic mnie nie złamie. Jutro napiję się wódki.
Do Przerwy Krismasowej 26 dni.
No i coś mnie dopadło. Zaczaiło się na mnie i hyc! złapało za gardło. Zachowuje się jak przeziębienie, ale podejrzewam, że to jedynie kamuflaż. Że zaatakowało mnie zmęczenie. I że nie odpuści aż do świąt.
Na całe szczęście został już tylko miesiąc, a potem czekają na mnie zasłużone dwa tygodnie wolności, w czasie to których dwóch tygodni będę z pewnością trochę pracować, ale tylko trochę, tak, żeby się nie przemęczyć.
Nadchodzący tydzień zapowiada się nader pracowicie, mam nadzieję, że nie padnę na pysk w najmniej oczekiwanym momencie. Jakbym jednak padła, to proszę Bandę o pobudkę.
Do świąt zostało - 31 dni.
5 listopada 2009
Co tu dużo gadać – nie mam czasu.
Nie mam czasu na blogowanie, które sprawia mi tyle radości. Nie mam czasu ani na czytanie blogów ani na w regularne wstawianie notek u siebie. Bardzo chciałabym to zmienić. Czarno to jednak widzę, przy tej ilości różnych rzeczy do zrobienia w ciągu dnia. Ale nie poddaję się.
Jak zwykle nie wiadomo kiedy zrobiła się totalna jesień – taka z łysymi drzewami i szarymi dniami. Kasztanu jednak mówił, że niedługo będzie lato. Za jakieś pięć miesięcy. Potrafi chłop pocieszyć, nie powiem.
W pracy robię piętnaście rzeczy na raz. I wciąż mam wrażenie, że cos, kurde, miałam zrobić.
Wieczorami dopada mnie głupawka.
Wg Kasztana jedząc jabłko wyglądam jak wiewiórka. Wha'ever.
Byle do wakacji.
Wyjątkowo słoneczny ten 1 listopada, więc nie poddaję się tym cmentarnym smutnym nastrojom, tylko cieszę słońcem. Jeszcze z godzinę pewnie, bo potem zajdzie i nastaną ciemności aż do rana.
Poza tym przyjechały do mnie żółte tulipany z samiuśkiego Amsterdamu!
Moje zmęczenie jest coraz większe.
Do przerwy świątecznej – 51 dni. Czas już chyba rozpocząć odliczanie…
31 października 2009
Coś mi się po wczorajszym popracowym spotkaniu wydaje, że Kasztanu nas chyba trochę lubi. Choć do końca nie wiadomo, bo Martka lała łzy.
Jak Martka cichutko łkała (i polegiwała czołem na stole od czasu do czasu) to zjadła cały talerzyk talarków ziemniaczanych, chociaż zarzekała się wcześniej, że nie jest głodna i nie ma na nie wcale ochoty. Tak więc jeśli idziecie z Martką na piwo, to pilnujcie, żeby nie płakała, bo jak płacze to nieświadomie zjada, co jej się nawinie pod rękę.
Szczerze powiem, że też trochę o płakaniu myślałam.
Agul to nie wiem co myślała, bo Agul jadła, a jak wiadomo "Agul jedzący jest nic nie widzący".
Podsumowując – nie tego się spodziewałyśmy, przygotowane wcześniej taktyki działania i przemowy poszły się przejść.
Poza tym wieczór upłynął nam na dyskusjach o horrorach wszelkich klas oraz na słuchaniu dżezu (wymawiaj: d-żezu). Wykonanie było raczej na pewno bardzo słabe, ale muzycy – gitarzysta oraz klawiszowiec przygrywający na tzw. parapecie bawili się wybornie. O 23.00 z uśmiechami na twarzach spakowali sprzęt i udali się w sobie znanym kierunku. Wszyscy klienci odetchnęli z ulgą i spokojnie powrócili do picia i jedzenia.
Kasztanu, wzruszyłyśmy się wczoraj. Serio serio.